Referendum w Irlandii poprzedzało o tydzień planowy szczyt Rady Europejskiej w Brukseli. Z jednej strony to bardzo dobrze, że szefowie państw i rządów tak szybko będą mogli omówić sytuację politycznego kaca. Z drugiej jednak — posiedzenie, które od dawna ma w programie kilka konkretnych spraw i z którym spore nadzieje wiązał między innymi premier Donald Tusk, może przerodzić się w mieszaninę lamentu z pustosłowiem na temat konieczności jednoczenia się Unii Europejskiej. A tak naprawdę na razie nikt za bardzo nie wie, co robić i jak ratować Lizbonę — jeśli już koniecznie ratować ją trzeba.
Wczoraj, tradycyjnie przed szczytem Rady Europejskiej, zebrała się Grupa Wyszehradzka, tym razem w Pradze. Nasz czworokąt miał duże znaczenie w końcówce XX wieku, gdy Polska, Czechy, Słowacja i Wegry wspólnie — ze słowacką kilkuletnią przerwą za rządów Vladimira Mecziara — podążały ku Unii Europejskiej i NATO. W ostatniej fazie negocjacji akcesyjnych interesy ekonomiczne państw wyszehradzkich okazały się jednak tak rozbieżne, że od pamiętnego szczytu w Kopenhadze w 2002 r. nie ma mowy o wspólnym froncie w najważniejszych sprawach. Dość przypomnieć, jak na przykład Rosja sprytnie rozgrywa Węgry przeciwko interesom sąsiadów w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego.
Ale wczoraj w Pradze przynajmniej w jednej kwestii wyszehradzcy premierzy osiągnęli zgodność — że nadchodzący brukselski szczyt nie może zająć się tylko losem traktatu z Lizbony, lecz normalnie realizować program. Najbardziej jest tym zainteresowany premier Donald Tusk, który zamierza przedstawić polsko-szwedzki projekt partnerstwa wschodniego Unii Europejskiej z Ukrainą, Mołdawią, Gruzją, Azerbejdżanem i z Armenią.
Temu samemu celowi służyło popołudniowe spotkanie w Gdańsku z kanclerz Angelą Merkel, na które Donald Tusk urwał się z Pragi, dokąd z kolei dotarł prezydent Nicolas Sarkozy. Szef polskiego rządu zorientował się, że bez uzyskania wsparcia Niemiec jakiekolwiek wielkie projekty w Unii Europejskiej, zwłaszcza zaś dotyczce kierunku wschodniego, nie mają żadnych szans. W tym niewątpliwie okazuje się bardziej pragmatyczny od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który na wcześniejszych szczytach unijnych próbował pewnych rozwiązań co najmniej obok Niemiec.
Czy jednak polsko-szwedzki projekt wschodniego partnerstwa znajdzie w Brukseli atmosferę sprzyjającą ucieczce Unii Europejskiej do przodu — na razie trudno powiedzieć. Wstępne deklaracje zajęcia się projektem na poważnie są sprzyjające, tylko ta Irlandia…