Brukselskie szczyty Rady Europejskiej, czyli okresowe spotkania głów państw i szefów rządów, dzielą się na dramatyczne, trwające do świtu, oraz spokojne, gdy planowy termin zakończenia dotrzymywany jest z dokładnością do minut. Ten odbywający się w miniony czwartek i piątek należał do drugiej kategorii. Niestety, przywódcom Unii Europejskiej spokój zakłóciły wieści z Warszawy o politycznej zadymie wokół ratyfikacji traktatu z Lizbony. Niezależnie od tego, jak to się skończy — znowu ponieśliśmy wizerunkowe straty.
Strategicznym tematem szczytu było przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. To wątek, w którym od lat globalna szczytność idei stoi w sprzeczności z interesami gospodarczymi i politycznymi poszczególnych państw. Unia postanowiła zmniejszyć do 2020 r. emisję dwutlenku węgla o 20 proc. i zwiększyć udział energii odnawialnej o 20 proc. — tyle, że pozostaje w głębokim wewnętrznym sporze, czyim kosztem. Według równie kompromisowych, co pustych ustaleń szczytu rozkład ciężaru ograniczeń ma zostać oparty na zasadzie wydajności ekonomicznej, a także solidarności miedzy krajami członkowskimi. W szczególności zaś — uwzględniać ich różny punkt startowy oraz dotychczasowe osiągnięcia w ograniczaniu emisji CO2. Dla polskiej gospodarki, energetycznie bazującej na węglu, koszty natychmiastowego podporządkowania się ostrym normom byłyby zabójcze.
Poważna rozbieżność interesów, tym razem bardziej geopolityczna, dotyczy także kierunków rozwoju wspólnoty. Naturalnym pragnieniem Polski jest, abyśmy nie zostali na wieczne czasy wschodnimi kresami UE, dlatego koniecznością jawi się przygarnięcie Ukrainy. Jednak dla unijnego twardego jądra to kierunek poboczny. Najpilniejsze są zachodnie Bałkany, czyli konkretnie Chorwacja, a potem basen Morza Śródziemnego, łącznie z brzegiem afrykańskim. Tzw. proces barceloński, zapoczątkowany przez Hiszpanię, zyskuje obecnie potężny impuls w postaci prezydencji Francji. Nicolas Sarkozy już przebiera nogami, by od 1 lipca przez pół roku porządzić zjednoczoną Europą zgodnie z francuskimi interesami. Jedyną siłą, która może nieco powściągnąć jego imperialne zapędy i podtrzymać kierunek wschodni, jest kanclerz Angela Merkel. Bez jej pomocy nie ma szans idea premiera Tuska, by szczyt czerwcowy, podsumowujący prezydencję Słowenii, na poważnie zajął się partnerstwem z Ukrainą.
W kwestii ukraińskiej na szczęście istnieje stuprocentowa zgodność poglądów głowy państwa i szefa rządu. No tak, ale ewentualne nieratyfikowanie traktatu z Lizbony automatycznie skreśla Polskę jako inicjatora decyzji całej UE i nadaje nam status peryferyjnego województwa. Wypada mieć nadzieję, że prezydent Lech Kaczyński uświadomi to starszemu o 45 minut bratu Jarosławowi.
Jacek Zalewski