Upadłość Elektrimu może być częścią niezrozumiałej gry

Marcin Goralewski
opublikowano: 2002-09-16 00:00

Rada nadzorcza Elektrimu, prawdopodobnie wróci do obrad na temat odwołania zarządu Elektrimu. Prezes holdingu zapowiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, sam spakuje walizki. Na razie do sądu trafił wniosek o upadłość spółki.

W ciągu 30 dni licząc od ubiegłego piątku sąd powinien podjąć decyzję o rozpoczęciu postępowania upadłościowego Elektrimu. Zarząd złożył wniosek o otwarcie takiego postępowania.

— Nie udało się porozumieć w obligatariuszami. Serią gróźb wobec mojej osoby próbowano skłonić nas do podpisania porozumienia — mówi Maciej Radziwiłł, prezes zarządu Elektrimu.

Jego zdaniem, wypowiedzenie przez czterech obligatariuszy podpisanego pod koniec lipca „paktu o nieagresji” otworzyło tym wierzycielom drogę do skutecznego zabezpieczenia roszczeń na aktywach spółki. A to mogło doprowadzić do nierównego potraktowania wierzycieli firmy.

— Dlatego też, zarząd Elektrimu jednomyślnie podjął decyzję o złożeniu wniosku o upadłość — wyjaśnia prezes holdingu.

Decyzja władz Elektrimu wywołała paniczną reakcję drobnych inwestorów. Kurs akcji holdingu spadł o 38 proc. do zaledwie 1,20 zł. Cała firma warta jest już tylko około 100 mln zł. Giełda podjęła decyzję o wycofaniu spółki z indeksu WIG20 i TechWIG.

Pod koniec lipca, zarząd Elektrimu podpisał z obligatariuszami, którym od końca ubiegłego roku winien jest około 500 mln EUR (2 mld zł) porozumienie, które wydawało się, że rozwiąże problemy spółki. W proces ratowania spółki miał włączyć się BRE Bank, główny akcjonariusz Elektrimu, który za 100 mln EUR miał wykupić część obligacji. Kiedy jednak przyszło do podpisania ostatecznego porozumienia, władze warszawskiego holdingu zerwały umowę. Tłumaczono wówczas, że brak realnej możliwości sprzedaży aktywów po wysokiej cenie uniemożliwia spłatę długów bez ich redukcji. Wcześniej fiaskiem zakończyły się negocjacje między zarządem Elektrimu a konsorcjum BRE Banku i Eastbridge w sprawie sprzedaży 49 proc. udziałów Elektrimu Telekomunikacja za około 300 — 400 mln EUR. To miało rozwiązać finansowe problemy Elektrimu.

Chętni na ET są także obligatariusze, którzy już on niemal roku odrzucają jakiekolwiek propozycje redukcji zobowiązań. Część wierzycieli złożyła holdingowi propozycję kupna papierów ET za 350 mln EUR. W połączeniu z gotówką jaka powinna się znajdować w kasie spółki (około 100 mln EUR) niemal w 100 proc. udałoby się spłacić długi.

— Wstępne warunki stawiane przez obligatariuszy są nie do przyjęcia — wyjaśnia szef Elektrimu.

Chodzi m.in. o 2-3 miesięczny termin due dilligence ET. W opinii Macieja Radziwiłła, porozumienie jest ciągle możliwe, choć szanse na jego zawarcie są znikome.

Podczas ostatniego, przerwanego posiedzenia rady nadzorczej Elektrimu dyskutowano na temat zmian w zarządzie.

— Jestem do dyspozycji rady. Złożenie dymisji w tej chwili nie jest jednak najlepszym rozwiązaniem. Jeśli jednak rada stwierdzi, że moja osoba przeszkadza w zawarciu porozumienia, to odejdę — mówi Maciej Radziwiłł.

Według naszych informacji, decyzja zarządu nie spotkała się z poparciem całej rady nadzorczej. Cały czas aktualna też pozostaje lista kandydatów na fotel szefa spółki. Chodzi o dwóch członków rady nadzorczej, czyli Zbigniewa Jakubasa i Huberta Janiszewskiego oraz Macieja Dyjasa, związanego z Eastbridge szefa Domów Towarowych Centrum.

Zdaniem obserwatorów, decyzja zarządu Elektrimu jeszcze niczego nie przesądza i może być po prostu kolejnym elementem gry o majątek spółki, jaką władze holdingu i BRE Bank toczą z wierzycielami.