Urodzeni w kinie

Jacek Konikowski
opublikowano: 08-12-2006, 00:00

Greidingerów znają tu chyba wszyscy. Taksówkarz od razu wykrzyknął: Cinema City. W drodze do biura w Celeste coś opowiadał. W jidysz.

 

Nikt nie pamięta, kto wybudował w Izraelu pierwsze kino, ale wiadomo, że pierwsze w Hajfie postawił w 1930 r. dziadek Moshe Greidingera, obecnego prezesa zarządu Cinema City. Pięć lat później kolejne, tym razem w Tel Awiwie. Ludzie przychodzili do niego z ciekawości. Oglądać gwiazdy. Nie filmowe. Siadali na widowni i zamiast patrzeć przed siebie, zadzierali głowy do góry. Przez rozsunięty dach widać było Mleczną Drogę. Nowość na miarę dzisiejszego IMAX.

— Wtedy nie było klimatyzacji. Wieczorami dach się rozsuwał automatycznie i na widowni panował błogi chłód — tłumaczy Moshe Greidinger.

To kino stoi po dziś dzień.

Mosze, co ty chcesz robić

— Kino to mój świat. Nie wyobrażam sobie innego życia — mówi Moshe.

Jego gabinet przypomina pokój małego chłopca. Pozorny nieład. W rogu kolorowe plakaty filmowe, na półce złota postać Myszki Miki, kartonowe wizerunki bohaterów kreskówek. Tylko komputer tu nie pasuje. Ale w nim też bajka. Wkrótce się okaże, jaka.

— Urodziłem się w kinie. Prawie całe dzieciństwo spędziłem albo na sali kinowej albo w pokoiku operatora. Po szkole biegłem do kina, w wakacje — pomagałem w kinie. Widziałem setki filmów. Ulubiony? Całe mnóstwo. Potem miejscowy uniwersytet, ekonomia. Gdy wróciłem z wojska, ojciec zapytał: Mosze, co ty chcesz robić w życiu, czym ty chcesz się zająć. Nie wiem, po co w ogóle pytał, bo wiedział, że poza kinem świata nie widziałem. Oczywiście, wybrałem kino. Konkretnie, zająłem się dystrybucją filmową. Bo żeby kino miało przyciągającą moc, musi wyświetlać magiczne filmy. Znowu się uczyłem. Na przykład, jak się robi dobry plakat — tłumaczy Moshe Greidinger.

Rok 1982. Dla Greidingerów przełomowy. Powstał multipleks, pierwszy w Izraelu. Pięć sal mogło pomieścić aż 1500 osób w wysokich fotelach lotniczych. Wówczas to było coś takiego, jak przed laty kino z rozsuwanym dachem. No i dolby stereo. W Izraelu działało wtedy wiele kin, ale konkurencja stawiała tylko na filmy.

— A my na wysoki standard. Bo czym innym można się w tej branży wyróżnić? — zastanawia się Moshe.

— Ludzie chodzą do kina czy na film?

— Większość na film, ale gdy ten sam grają w kilku kinach, patrzą, które jest lepsze, w którym jest przyjemniejsza atmosfera, milej się go ogląda. Kino to atmosfera. Dla niej ludzie wychodzą z domów, bo przecież mogliby oglądać filmy na kanapie — zauważa Moshe Greidinger.

Trudno się nie zgodzić, zwłaszcza komuś, kto pamięta osiedlowe kina pachnące jak szalet.

Najbliżej mi do Europy

Kilka lat później Greidingerowie stanęli wobec dylematu. Izrael okazał się zbyt ciasny. Mieli tu wszystko, co mieć mogli.

— Mogliśmy zająć się biznesami podobnymi do kinowego, restauracje, dyskoteki i tym podobne. Albo szukać szczęścia poza Izraelem — dodaje Moshe Greidinger.

Wybrali to drugie, choć decyzja prosta nie była.

— Zastanawialiśmy się, gdzie. Najbliżej jest Europa. Tyle że tam kin pod dostatkiem. Więc gdzie jest mniej? Ameryka Południowa. Brazylia? Toż to kawał drogi! Resztę życia spędzić w samolocie? — wspomina Moshe.

Padło na Europę Środkową. Bo blisko i kin mało. Nie trzeba tak było od razu?

— Problem w tym, że w krajach Europy Środkowej nie było wtedy centrów handlowych, w których można by otworzyć multipleksy. Nie sztuka zbudować kino, ktoś jeszcze musi do niego przychodzić, a najprościej o klienta w centrum handlowym — wyjaśnia Moshe.

Dlatego pierwszy multipleks Greidingerów został otwarty w 1997 r. w Budapeszcie, w jednym z pierwszych w tej części Europy malli. W Polsce ich jeszcze nie było, choć Moshe nie ukrywa, że wtedy bardziej im się podobał nasz rynek.

— W końcu się udało, choć weszliśmy do Polski nietypowo. Skandynawska firma budująca Sadyba Best Mall nie mogła dokończyć budowy. Więc ją przejęliśmy i dokończyliśmy, żeby tam umieścić nasze kino. Realizacja podobnych projektów deweloperskich jest dla nas szansą na wypracowanie dodatkowych zysków. Wybudowaliśmy nowoczesne centrum w Sofii, przymierzamy się do projektu w Bułgarii. Ale większość powierzchni wynajmujemy w istniejącym mallu albo budujemy samo kino.

Salka w centrali

Zastanawiam się, czy również w Izraelu szewc bez butów chodzi.

— Moshe, a kiedy ostatnio byłeś w kinie, tak z popcornem, na filmie? — pytam, niemal przekonany, że nie będzie pamiętać.

— Dwa dni temu, z synem. Na „Casino Royale”. To najlepszy z Bondów, bo wzorem pierwszych więcej w nim duchowych przeżyć niż efektów specjalnych — zaskakuje mnie Moshe.

Oczywiście w swoim Cinema City w Hajfie. Zresztą, chyba wyczuł podpuchę, bo po chwili ciągnie mnie wąskimi korytarzami do niewielkiej sali na parterze swojego biurowca. Jesteśmy w miniaturowym kinie. Siadamy przed ekranem. Oprócz nas zmieściłoby się może 50 osób.

— Tu oglądamy wszystkie filmy, zanim trafią do naszych kin. Ale powiem ci szczerze, wolę normalne. Bo tu jestem biznesmenem w garniturze, a tam facetem w dżinsach i z kubkiem popcornu. Tu nie ma atmosfery prawdziwego kina — twierdzi Moshe.

Wpatrzeni w pusty ekran rozmawiamy o filmach. Moshe nie może się doczekać „Misia II”. Twierdzi, że to na mur będzie hit, bo ilekroć z kimś rozmawia o tym filmie, zawsze na twarzach pojawia się mimowolny uśmiech.

Bajkowy komputer

Na co pójdą pieniądze z emisji?

— Na inwestycje, nowe kina, w większości w Polsce, także w Rumunii i w Bułgarii. Wydamy jakieś 90 mln euro, ponad połowa z giełdy, a reszta ze środków własnych. Jedną trzecią wydamy w Polsce, jedną trzecią w Rumuni i w Bułgarii, a resztę w Izraelu, Czechach i na Węgrzech. W Polsce już w przyszłym roku powstanie około 7 multipleksów, m.in. w Rybniku, Lublinie, Sosnowcu, Gliwicach, Bydgoszczy, kolejne w Krakowie i Poznaniu, może w Gdańsku i Łodzi. Ten w Manufakturze to diament, trudno o piękniejszą lokalizację, jedno z najpiękniejszych kin w Europie — zachwyca się Moshe.

Pytam o Holandię, czemu właśnie tam zarejestrowali firmę.

— Kiedyś nie wiedzieliśmy, w którym kierunku będziemy się rozwijać. Czy w Polsce, czy gdzieś indziej. Wiedzieliśmy tylko, że kwatera główna musi być w Europie. Dlatego wybraliśmy Holandię — tłumaczy Moshe.

Od pewnego czasu coś grzebie w komputerze. Na jego twarzy pojawia się tajemniczy, niemalże chytry uśmiech. W końcu wychodzi szydło z worka.

— To nasz system informatyczny — pokazuje z nieskrywaną dumą.

Zerkam przez ramię i oczom nie wierzę. Moshe wybiera lokalizację: Polska. Potem miasto: Warszawa. I kino: w Arkadii. I film: X. Dalej to już bajka. Widać dokładnie, ile biletów sprzedano, ile zostało. Cyfry się zmieniają. Właśnie ktoś kupił dwa. Pewnie ojciec z synem, wszak są mikołajki. A Moshe to widzi, siedząc za biurkiem w Tel Awiwie. Taka to bajka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu