Alternatywne zwiedzanie — przygoda dla zmysłów zamiast konwencjonalnej turystyki. To krakowianie polecają dziś swym gościom.
Jedzone nocą gorące kiełbaski — za 6 zł, z bułeczką, keczupem i musztardą do woli. Do popicia — oranżada. Po te specjały, sprzedawane ze starego żuka pod Halą Targową na Grzegórzeckiej, od 20 lat noc w noc ustawiają się kolejki.
Obiekt wzniesiony w latach 30. XX w. każdej niedzieli przyciąga wielbicieli staroci. Codziennie po zmroku ożywa też parking przy hali — za sprawą amatorów kiełbasek z rożna zasilanego wonnym drewnem bukowym i owocowym: taksówkarzy, studentów, policjantów na dyżurze, biznesmenów w garniturach, załóg karetek pogotowia. Siedzą i jedzą — na maskach samochodów, przy jedynym kulawym stoliku, na krawężnikach.
Fenomen kulinarny
— Spotkałem tam kiedyś karetkę z chorym, wiezionym na operację do Wiednia. Medycy woleli posilić się przed wyjazdem, zamiast stawać gdzieś po drodze. Bo tymi kiełbaskami nikt się nigdy nie zatruł. Jedzą je nawet pracownicy sanepidu. Takiego profesjonalizmu ze świecą szukać: chcesz dobrze przypieczoną, to ci ją pieką 10 minut, mimo kolejki. Ten klimat doceniają cudzoziemcy — gdy przyprowadziliśmy sztywnych z natury Norwegów, byli zachwyceni — wspomina Andrzej Lisowski, podróżnik, współautor — wraz z żoną Elżbietą — przewodnika „Wspaniały weekend w Krakowie”.
Parking przy Grzegórzeckiej — w PRL-u jedyny punkt w mieście, gdzie dało się coś zjeść w nocy — zyskał rangę miejsca, w którym „się bywa”. Pojawia się w przewodnikach, podobnie jak jadłodajnia na Mikołajskiej U Stasi — niedroga, bezpretensjonalna, domowa. Tu płaci się przy wyjściu, deklarując, co się zjadło. Niewielka salka w kamienicznej oficynie słynie też z największego w Krakowie zagęszczenia profesorów na metrze kwadratowym.
— Kultowe miejsce. Za komuny unosił się w nim duch prawdziwego, przedwojennego Krakowa. Wszyscy ludzie od Kantora tam chodzili. W kolejce stali naukowcy, prostytutki, zwyczajni ludzie. Czasem nawet pół godziny czekało się na mrozie, żeby wejść. Wciąż przyciąga gości, choć w mieście przybywa knajpek. Otwierają się nowe światy, inne upadają, choćby Jama Michalika na Floriańskiej. Uleciał z niej duch — uważa Andrzej Lisowski.
Piwniczne klimaty
Świadomość, że pije się kawę w przystani bohemy przełomu XIX i XX wieku, a dziś zagląda tu Ludwik Jerzy Kern, towarzyszy gościom Klubu Dziennikarza Pod Gruszką przy Szczepańskiej, róg Rynku. Miejscem magicznym jest też Vis-á-vis na Rynku — bar wspomnień nieopodal Pałacu pod Baranami. Jeden z ulubionych zakątków Leszka Wójtowicza — poety, pieśniarza, artysty Piwnicy pod Baranami. Przed wejściem stoi wykonany z brązu pomnik najwierniejszego klienta. Przy stoliku siedzi Piotr Skrzynecki nad filiżanką kawy i z papierosem.
— Może to jakiś inny stop, ale przyznam uczciwie, pojęcia nie mam, jaki. Figurę, niezależnie od pory roku, zdobią świeże kwiaty. Pięknie jest usiąść we wnętrzu ozdobionym rysunkami i zdjęciami Piwnicy pod Baranami. Albo w letnim ogródku, mając świadomość niegdysiejszej obecności tutaj Piotra Skrzyneckiego, Janiny Garyckiej, prof. Jerzego Skarżyńskiego i Zbyszka „Szajbusa” Fijałkowskiego na okrasę. My, piwniczanie, pojawiamy się z typową dla siebie nieregularnością i bywa, że plany tajemnicze omawiane są niby to skrycie, a jednak otwarcie. Kiedy przybywa przyjaciel z daleka, witany jest tak jakby zaledwie wczoraj był tutaj. Przychodzę tam bardzo chętnie, bo te plany rzecz jasna, widok na Rynek znakomity, a i ploteczki równie znakomite się zdarzają — opowiada Leszek Wójtowicz.
Piwnica utrzymuje zwyczaje zapoczątkowane przez Piotra Skrzyneckiego — śledzik, jajeczko, dzielenie się opłatkiem. Wejście bez biletów — wrzuca się tylko datek do dzbana.
— Pocztą pantoflową rozchodzi się, kiedy i o której godzinie — na przykład zimą krakowianie przychodzą na wspólnie śpiewanie kolęd z Grzegorzem Turnauem, Leszkiem Wójtowiczem, Jackiem Wójcickim. Z nimi się śpiewa, składa się im życzenia. Ta atmosfera — rozmowy artystyczne, kłótnie o życie i filozofię — to fenomen Krakowa — podkreśla Andrzej Lisowski.
Innym okiem
Natłok symboli i rozpoznawalnych zabytków daje turystom złudne wrażenie — sądzą, że Kraków poznali. Tymczasem nawet Rynek potrafi wyglądać inaczej. Można tu zobaczyć „jezioro rtęci”.
— Niezbędne są: noc, deszcz, światło księżyca i miejskich latarni. Nie należy krzywić się na kapiącą z nieba wodę, ale czekać na to niezwykłe zjawisko, które jedynie w Krakowie zobaczyć można. Kiedy przestanie padać, a pyzaty księżyc wyjrzy figlarnie zza chmur, wtedy: „...Płaszczyzna Rynku błyszczy jak jezioro rtęci, od tego migotania aż się w głowie kręci. Grynszpan czepia się blachy, grzyb zjada kamienie. Tej baśni i ruiny na nic nie zamienię...” Tak śpiewam w jednej ze swych ballad. To najprawdziwsza magia. Polecam nieśpieszny spacer przez tę świetlistość chwilową i dzięki temu całkowicie niepowtarzalną. To jezioro nigdy nie pobłyskuje tak samo, podobnie jak dobiegający z wysoka dźwięk trąbki nigdy nie brzmi podobnie — zapewnia Leszek Wójtowicz.
Hejnał. I kościół Mariacki — kolejna oczywistość. Trzeba go zwiedzić. Ale przecież można inaczej: od maja do września, przez trzy dni w tygodniu, kościelna wieża stoi otworem dla gości. Warto wdrapać się po schodach (to bezpieczne — zainstalowano punkt medyczny w pół drogi), by z góry podziwiać proporcje Rynku, jednego z największych placów Europy — kwadratu o powierzchni 200 na 200 m.
— Do kościoła radzę wejść od strony Małego Rynku. Ten plac, pozostający w cieniu Rynku, nie zmienił się od średniowiecza. Piękna, zamknięta przestrzeń często pusta, choć na Rynku kłębi się tłum. W jednej z ograniczających ją kamieniczek Wyspiański pisał „Wesele”. W wykuszu bramy wiodącej na Mały Rynek pięknie prezentuje się bryła kościoła Mariackiego, kościoła św. Barbary. Mały Rynek to także czwarta strona świata, na którą grany jest hejnał. Trębacz, kończąc grę, pozdrawia tu ludzi — można mu odmachać. Lubię jeździć tędy nocą na rowerze — o tej porze na Małym Rynku czuć atmosferę Krakowa sprzed wieków — przekonuje Andrzej Lisowski.
Odbiciem starego Krakowa jest również cmentarz Rakowicki z grobami Piotra Skrzyneckiego czy rodziców Jana Pawła II. A także kościół Bożego Ciała przy ulicy Bożego Ciała, stojący pół me- tra poniżej poziomu dzisiejszego miasta.
— Osobny, uroczy mikroświat — dodaje Andrzej Lisowski.
A skoro o świątyniach mowa — spacerując ulicą Pędzichów, warto zadzierać głowę, bo jedną z kamienic wieńczy minaret. Dobudował go, wraz z piętrem, Artur Teodor Rayski dla swej żony muzułmanki.
Święto ulicy
Kraków szczyci się największym w Europie zagęszczeniem knajpek w gotyckich piwnicach. Z rozmaitości lokali słynie zwłaszcza dzielnica Kazimierz. Po jednej stronie ulicy Szerokiej rozlokowały się restauracje z kuchnią żydowską, po drugiej — undergroundowe puby.
— Niestety, ta opozycyjna dzielnica dzieli losy ulic Kanoniczej — najstarszej w mieście — czy Grodzkiej. Odpicowana, gwarna, nadmiernie turystyczna. Niszczy to charakter Kazimierza, zamienianego w wielki parking. Przykro, że brakuje szacunku dla tradycji — stary, ważny cmentarz Remuch przy Szerokiej sąsiaduje z knajpami — ubolewa Andrzej Lisowski.
Poleca spacer po tej nekropolii, gdzie wzniesiono miniaturową „ścianę płaczu” — karteczki z modlitwą składają tu ludzie z całego świata. Ponoć ich prośby są wysłuchiwane. Zachęca, by wstąpić do klubu Alchemia przy placu Nowym — najbardziej kulturotwórczego przybytku Kazimierza. Zdradza, że najsmaczniejsze pierogi zje się U Wincenta przy ulicy Józefa — sam należy do wiernych klientów tej pierogarni. Ale najlepsze, według niego, potrawy na Kazimierzu podają w barze Pod Trzynastką na Miodowej. Z kolei specjalizująca się w kotletach jadłodajnia Od świtu do zmierzchu na rogu Joselewicza i Brzozowej czynna jest nawet w nocy. Stołują się tu taksówkarze, policjanci, zjeżdżają krakowianie z całego miasta.
— Lubię takie miejsca — bez tłumów i turystycznej sztampy. Czuję się tam bezpiecznie jak w domu. Zapomniałem portfela? Zapłacę jutro. A kompot czy surówkę czasem dostanę w prezencie. Klimat tych lokali przypomina mi Wiedeń — zwierza się Andrzej Lisowski.
Latem kusi też Eszeweria przy Józefa — dzikim ogródkiem z kilkoma stolikami i pięknym widokiem na las kościelnych wież.
— Co roku w czerwcu ulica Józefa ma swoje święto. Ludyczną, plenerową imprezę dla mieszkańców, turystów i sympatyków Kazimierza. To kultowa ulica, choć nie wszyscy ją znają. Pełna sympatycznych hotelików, prywatnych kwater, antykwariatów. Mój ulubiony — sklepik persko-orientalny z dywanami, kilimami, reprodukcjami — prowadzi młody Irańczyk. Jest też plomba, w której mieszka wielu aktorów Teatru Starego, a nawet punkt informacji turystycznej — opowiada Andrzej Lisowski.
Lokalne smaczki
Do jadłodajni, znanych głównie wtajemniczonym, rzadko trafia turysta. Podobnie do Massolit Books, klimatycznego miejsca łączącego księgarnię z kawiarnią, choć leży ono zaledwie pięć minut spacerkiem od Rynku, przy ulicy Felicjanek. Sklep założyła para Amerykanów osiadłych w Krakowie.
— Godzinami można myszkować wśród półek z anglojęzycznymi tytułami, niedostępnymi gdzie indziej i w niskich cenach, podjadać domowe specjały upieczone przez właściciela, zaszyć się z wybraną książką w jakimś przytulnym zakątku. A pełno tu takich, bo antykwariat urządzono w dwóch starych mieszkaniach, zastawionych stylowymi, wygodnymi meblami. Wciąż robi wrażenie prywatnego domu. W przedpokoju wisi tablica, gdzie każdy może wieszać ogłoszenia — niektóre są zabawne: raz ktoś poszukiwał anglojęzycznego nauczyciela gry na saksofonie. Od czasu do czasu w Massolit Books odbywają się koncerty skrzypcowe czy odczyty poezji — poleca Agata Dutkowska z krakowskiego biura turystyki niekonwencjonalnej Insiders.
Kilkudniowi goście omijają też stare Podgórze — malowniczą i wdzięczną dzielnicę rozłożoną u stóp skał wapiennych. Musi się spieszyć ten, kto chce poznać jej nieskażony masową turystyką charakter. Dzielnica już ma wielu fanów — krakowianie sądzą, że wkrótce stanie się równie modna jak Kazimierz. Warto się po niej powałęsać — centrum Podgórza, niegdyś samodzielne miasto, przetrwało w austriackim założeniu architektonicznym: okazałe barokowo-klasycystyczne budynki, Rynek i górujący nad nim kościół pod wezwaniem św. Józefa.
— Lokalne smaczki to spelunki z lat 80., klub Oko przy Węgierskiej, sklep z częściami do nysek, miejsca przemysłowe czekające na rewaloryzację, ciekawy antykwariat na Zamojskiego, w którym mieszkają jego właściciele. A nawet żywcem wyjęte z minionej epoki kino Wrzos — także przy Zamojskiego — które puści film nawet dla kilku widzów — opowiada Agata Dutkowska.
Dzielnicę można zwiedzać również śladami getta — w kilku miejscach ostały się resztki jego murów. Niemcy zbudowali tu także dwa obozy: koncentracyjny Płaszów oraz karny Liban w dawnych kamieniołomach.
— Miło spędzi się czas — spacerując, grając w piłkę w parku Bednarskiego. Założony na przełomie XIX i XX w. w jednym z wapienników, czyli kamieniołomów, słynie z ciekawej roślinności. A dla podziwiania widoków warto wdrapać się na kopiec Krakusa. Najsłynniejszy chyba zabytek Podgórza. Prastary, usypany z piasku monument o wysokości 16 m powstał w VII lub VIII w. — wiele wskazuje, że w miejscu kopca z czasów osadnictwa celtyckiego. Latem odbywają się tu ogniska — dodaje Agata Dutkowska.
Uciec od zgiełku
Nie tylko Podgórze staje się alternatywą dla centrum. Także Nowa Huta, dokąd wyniósł się z Kazimierza teatr Łaźnia Nowa.
— Przyjezdni rzadko tam zaglądają, a warto. To nietypowe dla Krakowa, by kultura tak oddaliła się od centrum i zajęła poprzemysłowe przestrzenie. Aktorzy Nowej Łaźni odnoszą się w swych spektaklach do Nowej Huty i jej spraw — teraz pracują nad „Edypem”. Cyklicznie odbywają się tu również koncerty nowohuckiej sceny muzycznej Zgniatacz Dźwięków — eksperymentalne, ambitne brzmienia promujące młode zespoły — przekonuje Agata Dutkowska.
Łaźnia Nowa nie zapomina o lokalnej społeczności, organizując imprezy wzorowane na czynie społecznym, na przykład pikniki połączone z kolektywnym sadzeniem roślin czy malowaniem muralesu przez mieszkańców. Przy takim „czynie” można przyjemnie wypocząć, choć aby złapać oddech, najlepiej wyjechać poza miasto. Tym bardziej że jedna z ciekawszych okolic znajduje się, jak mówi Leszek Wójtowicz, nieprzyzwoicie blisko Krakowa.
— Dolina Kobylańska — białe, wapienne skały. A wśród nich wysoko umieszczona kapliczka Matki Boskiej, zapraszająca do pełnej dobrego skupienia modlitwy. Bujna roślinność. Żadnej zabudowy. Przestrzeń dająca uczucie radosnego spokoju i spokojnej radości. Słowa brzmią tu bardziej miękko, światło jest znacznie łagodniejsze, a kolory jakieś takie pastelowe, że uśmiech sam pojawić się musi. Aby dotrzeć do kamiennej, strzegącej wejścia bramy, należy przejść przez miejscowość Kobylany. Część trasy wędrówki biegnie wzdłuż przejrzystego strumienia. Mieszkańcy wyrównali jego dno i jeżdżą po nim jak po osiedlowej ulicy. Wygląda to doprawdy bardzo interesująco, zwłaszcza że pojazdy różne podziwiać można: od limuzyn wcale eleganckich, po furmanki pracowicie ciągnięte przez konie — wspomina Leszek Wójtowicz.
Kiedy wraz z żoną Haliną czują ochotę, by oddalić się od zgiełku, wsiadają w samochód i wnet docierają do Kobylan. Nie wjeżdżają jednak do strumienia — to przyjemność zastrzeżona dla miejscowych!