Mathare to drugi co do wielkości slums w stolicy Kenii. W „domach” z blachy, kartonów i szmat mieszka tam około 500 tys. osób. Większość nie ma pracy. Mężczyźni codziennie wychodzą w poszukiwaniu zajęcia. Kobiety cały dzień czekają na progu „domu” na męża lub zajmują się dziećmi. Od sześciu lat Fundacja Razem Pamoja z Krakowa prowadzi w Mathare… galerię sztuki.












— Regularnie pokazujemy w niej artystów polskich i kenijskich. Sztukę na bardzo wysokim poziomie — mówi Bartosz Przybył-Ołowski, prezes fundacji. Z wykształcenia filozof, autor podręcznika do filozofii dla liceów „Myślenie krytyczne”, od ośmiu lat zajmuje się animowaniem współpracy między południem i północą świata.
— Fundacja powstała z nostalgii za modelami edukacyjnymi z lat 70. Pamiętam, jak w szkole podstawowej korespondowaliśmy z młodzieżą z Ugandy. Socjalistyczne założenia, że wszyscy ludzie, niezależnie od koloru skóry, zamożności, religii są równi, były świetne. Głęboko wierzę, że ludzie niczym się od siebie nie różnią — deklaruje Bartosz Przybył-Ołowski. Pamoja znaczy w suahili „razem”. Wszystkie projekty fundacji zakładały wspólne działania w Polsce, Kenii i Indonezji. Fundacja nie bierze grantów od państwa. Buduje mocne wspólnoty artystów, kuratorów, kolekcjonerów, ale też rodziców i nauczycieli, którzy wspomagają jej działalność. Wspólnie organizowali otwarcie galerii sztuki w Kenii, Indonezji i Polsce. Dwukrotnie przeprowadzili aukcje sztuki, z których dochód finansuje działalność fundacji. — W tym roku odbędzie się trzecia aukcja „Kolekcjonerzy filantropami”, z której dochód wesprze budowę szkół w Kenii i na Haiti zaprojektowanych przez Macieja Siudę, jednego z najważniejszych polskich architektów. Zaangażowanie polskich kolekcjonerów sztuki w tworzenie nowego, lepszego świata na Południu przez podzielenie się pracami z własnych kolekcji nie ma precedensu nie tylko w Polsce, ale i za granicą — twierdzi prezes fundacji.
Buty z opon
Fundacja Razem Pamoja stworzyła także fundusz stypendialny, który umożliwia uczniom z Mathare naukę w najlepszych kenijskich liceach. Trzy lata temu na zaproszenie fundacji pojechała do Kenii Alicja Wysocka, młoda artystka, która prowadzi działania ze społecznościami wykluczonymi ekonomicznie. Chodziło o zaprojektowanie i wytworzenie w slumsie rzeczy, których sprzedaż zasiliłaby fundusz stypendialny fundacji.
— Podczas kilkudniowej podróży po zachodniej Kenii zobaczyłam, jak na targu Kenijczycy wycinają ze starych opon prymitywne sandały. W slumsie trafiłam zaś na zakład szewski Toma Okecha. Wpadłam na pomysł, by razem stworzyć buty, które będą jednocześnie sztuką wysoką i użytkową — opowiada artystka. Przynosiła szewcowi kupione na targu materiały, opony, skóry. Nie rysowała projektów, tylko nakreślała przy pomocy tłumacza pomysł.
— Zależało mi, by zadziałała wyobraźnia rzemieślnika i jego wrażliwość — wyjaśnia Alicja Wysocka. Tak powstały pierwsze trzy modele butów dla kobiet i mężczyzn. Jedne przypominały buty motocyklowe, inne mokasyny, trzecie stylowe półbuty. Z czasem artystka zaczęła współpracę z kolejnymi szewcami. Po trzech miesiącach wróciła z butami do Polski, gdzie dość szybko się sprzedały. Po roku ponownie pojechała do Mathare z pomysłem założenia tam spółdzielni pracy.
Kooperatywa
Kiedy w styczniu 2017 r. ponownie wylądowała w Nairobi, dzięki pomocy Justusa Omondi z Mathare, z którym Fundacja Razem Pamoja od lat współpracuje, znalazła krawcową, która miała prowadzić kursy szycia. Fundacja wynajęła i wyposażyła miejsce. Później do zespołu dołączył krawiec, nauczyciel Brian Bera. Alicja Wysocka zaczęła szukać chętnych do pracy w spółdzielni.
— Nie określałam płci, ale na pierwsze spotkanie przyszło dziesięć kobiet — wspomina artystka. Najpierw miały się nauczyć różnych technik, by potem wspólnie wykonywać proste wyroby na sprzedaż. W spółdzielni kobiety i dzieci, z którymi przychodziły, miały dostawać obiad. Sceptycy ostrzegali, że codziennie będą przychodziły inne osoby, zwabione darmowymjedzeniem. Tak się jednak nie stało. Większość kobiet, które przyszły na pierwsze spotkanie, do dzisiaj pracuje w spółdzielni. Nazwano ją Ushirika. W języku suahili oznacza to społeczność, kooperatywę, spółdzielnię, współpracę. Przez dwa miesiące kobiety uczyły się szycia na maszynie, robienia na drutach, szydełkiem, tkania pasków do sandałów z plastikowych torebek. Pierwsze plecaki, pokrowce na laptopy, torby nie były idealne. Z czasem było lepiej, a kobiety nauczyły się też szyć ubrania dla dzieci, szkolne mundurki, spódnice, sukienki.
— Początkowo miałam trudności z dogadaniem się, nie rozumiałam ekspresji twarzy miejscowych. Denerwowało mnie, że wszystko dzieje się powoli, mozolnie. Po jakimś czasie odpuściłam moje europejskie oczekiwania, pozwoliłam, by działalność spółdzielni toczyła się swoim rytmem. Dotarło do mnie, że skoro robimy projekt wspólnie, to nie wszystko musi dziać się tak, jak ja bym chciała. I poczułam wielką ulgę — opowiada artystka.
— Ogromny talent Alicji Wysokiej, czas i cierpliwość, jakie włożyła w projekt, spowodowały, że zbudowała tam społeczność z kobietami, które jej zaufały. Nie tylko zorganizowała naukę szycia, ale spędzała z mieszkankami slumsu wiele czasu. Rozmawiały, gotowały, poznawały się. Powstało miejsce, które społeczność Mathare zaczęła bardzo szanować — twierdzi Bartosz Przybył-Ołowski.
Realna ekonomia
Do każdego przedmiotu przypięty jest brelok z imieniem osoby, która go zrobiła. Na każdej metce obok napisu „Made in Mathare, Nairobi, Kenya” widnieją nazwiska wszystkich członkiń spółdzielni. To kobiety w wieku od 20 do 45 lat. Większość ma dzieci i nigdy nie pracowała. Teraz mogą na siebie zarabiać. Wyroby Ushiriki na razie sprzedają się przede wszystkim w Polsce.
— Mimo wysiłków nie udało się nam jeszcze zorganizować sprzedaży na większą skalę w Kenii. Chciałabym, by Ushirika szyła na przykład mundurki szkolne dla kenijskich dzieci. Mam nadzieję, że uda nam się przekonać do tego dyrektorów szkół. Także dlatego, że członkinie Ushiriki są bardzo dumne, gdy widzą na ulicach Nairobi dzieci ubrane w uszyte przez nie mundurki czy tornistry. Poczucie wartości jest równie ważne co pieniądze — mówi Bartosz Przybył-Ołowski.
Teraz sprzedaż działa na zamówienie. Osoby lecące z Polski do Kenii w drodze powrotnej przywożą wyroby spółdzielni. Przez rok sprzedało się około 500 tornistrów, butów, toreb, pokrowców, płaszczy, swetrów.
— Mamy za małą sprzedaż, by móc zainwestować w uszycie na raz stu par butów w pełnej rozmiarówce — wyjaśnia Bartosz Przybył-Ołowski, którego fundacja nadal wspiera spółdzielnię.
Sfinansowała trzykrotny pobyt Alicji Wysockiej w Kenii, zorganizowanie spółdzielni, opłacenie nauczycieli szycia, obiady.
— Ushirika utrzymuje się na granicy opłacalności i mimo wielu prób, które podjęliśmy, jej działalność nie opiera się jeszcze na zasadach realnej ekonomii — przyznaje Bartosz Przybył- -Ołowski. Dziesięć kobiet pracuje codziennie po osiem godzin z przerwą na obiad. Mają stabilne pensje, ubezpieczenia i premie zależne od sprzedaży. Często zarabiają dużo więcej niż ich mężowie.
— To niestety tworzy wiele napięć, bo mężczyźni źle znoszą emancypację żon. Nie wiemy, jak sobie z tym radzić — przyznaje prezes fundacji. Spółdzielnia ma dziewięć maszyn do szycia — trzy elektryczne, a sześć z napędem nożnym, bo w slumsie często brakuje prądu.
Kobiety szyją na nich między innymi plecaki, które ozdabiają dzieci. Za każdy kupiony przez polskiego rodzica bliźniaczą wersję dostaje dziecko w Kenii.
Poczucie własnej wartości
W projekt zaangażowane są też dwie inne artystki: Małgorzata Markiewicz i Joanna Rajkowska.
— Miałyśmy pomysł, by w budowanie podmiotowości tych kobiet zaprząc jakieś własne praktyki artystyczne — mówi Joanna Rajkowska.
Małgorzata Markiewicz zebrała podarte sweterki kenijskich uczniów. W zamian dostały nowe, a artystka cerowała dziury razem z kobietami ze spółdzielni Ushirika.
— Robiłyśmy to, używając czerwonego kaszmiru, najdroższej włóczki, jaką znalazłam w sklepie — mówi Małgorzata Markiewicz.
Diana Adhiambo, jedna z członkiń spółdzielni, stwierdziła, że to jak łatanie dziur w ich życiorysach. Obie artystki prowadziły też warsztaty haftu.
— Chciałyśmy, by zauważyły wartość własnych przeżyć. Dałyśmy im do zrozumienia, że cokolwiek zechcą o sobie powiedzieć, będzie to warte wyhaftowania — mówi Joanna Rajkowska. Kobiety stworzyły obrazy ze swojego życia. Niektóre były wstrząsające — jak sceny gwałtu i innej przemocy. Wyroby kobiet z Ushiriki znalazły się w lutym 218 r. na wystawie „Gotong Royong. Rzeczy, które robimy razem” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Jednym z jej efektów było wydanie tomiku wierszy 28-letniej Diany Adhiambo ze spółdzielni, jak się okazało — utalentowanej poetki. W slumsie wielką radość sprawiają przywożone z Polski publikacje prasowe.
— Ludzie z takich wykluczonych społeczności jak Mathare bardzo się cieszą, że ktoś o nich mówi. Sprawia im wielką radość, gdy widzą swoje prace poza gettem, w którym są i najprawdopodobniej będą zamknięci do końca życia — twierdzi Bartosz Przybył-Ołowski. Jednym z efektów działalności Ushiriki jest też powrót Diany Adhiambo na studia.
— Gdyby nie to, pewnie mogłaby stanąć na czele Ushiriki, bo to typ liderki — mówi prezes fundacji.
Diana studiuje ekonomię i marketing. A Ushiriką zarządza mężczyzna.
— To w pewnym stopniu porażka naszej inicjatywy. Ale żadna kobieta nie była w stanie pokierować spółdzielnią. Robi to Brian Bera, który bardzo ceni kobiety i traktuje je z szacunkiem — mówi Alicja Wysocka.
W Krakowie przy ulicy Józefińskiej 9 działa sklep PamojaGoods z wyrobami Ushiriki. Można je też kupić w sklepie internetowym www. ushirika.pl. Kupując wyroby z metką Ushiriki, można choć trochę wyrównać szanse mieszkańców Mathare na godne życie. &
