Dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego — co w uproszczeniu można czytać "dla prezesa Jarosława Kaczyńskiego" — wprowadzenie do zadań nadawców publicznych "wspierania chrześcijańskiego systemu wartości" oraz "umacniania rodziny" to za mało, by darować uchwalonej przez Sejm w ostatecznej wersji ustawie o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych. Głowa państwa zapewne wykona dyspozycję brata i skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Będzie to oznaczało jej martwotę przez około rok.
W związku z tym nerwówka przed
głosowaniem nad poprawką Senatu,
skreślającą sztywną kwotę około 880 mln zł dla mediów publicznych — któ-
rą Krajowa Rada Radiofonii i Telewi-
zji miałaby wpisywać do projektu
budżetu — nie miała sensu. Sejm
tę poprawkę, wniesioną przez PO
w Senacie, utrzymał. Budżetową
rację mieli Donald Tusk i Jacek Rostowski, jednak
z drugiej strony — gwarantowana kwota była integralną
częścią umowy PO z PSL oraz Lewicą. W obliczu dziury
budżetowej zasada pacta sunt servanda poszła do kosza.
Na szczęście odrzucona została skandaliczna wręcz poprawka, wciśnięta przez PO w Senacie — o możliwości przerywania reklamami programów telewizji publicznej. Z wszystkich wad TVP integralność filmów — które w stacjach komercyjnych szatkowane są w sposób świadczący o pogardzie dla widza — jest jej największą zaletą. I pozostanie, niezależnie od dalszych losów ustawy.
jacek
zalewski