Przypadek, błąd czy zamierzone działanie ustawodawcy? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że znowelizowana ustawa o odnawialnych źródłach energii, wypełniona zapisami blokującymi de facto rozwój takich źródeł, może… zrobić dla OZE wiele dobrego. Taką zaskakującą interpretację przedstawił Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO), think tank wyspecjalizowany w analizach energetycznych. Znowelizowana ustawa weszła w życie 1 lipca, już w toku prac legislacyjnych zyskując opinię prowęglowej, antywiatrakowej i antyprosumenckiej. Zderzenie tych zapisów „pro” i „anty” niespodziewanie stworzyło niszę, której mikroklimat może sprzyjać inwestycjom w małe zielone źródła. W tej niszy rozwinie się prosument biznesowy. — Ustawa umożliwia opłacalne ekonomicznie inwestycje w mikroinstalacje, realizowane w formule „prosumenta biznesowego” przez przedsiębiorstwa korzystające z najdroższych taryf C. Jest zatem niewielki, ale atrakcyjny obszar do inwestycji, mających prawdziwy sens ekonomiczny — piszą w analizie eksperci IEO.



Zachęca drożyzna
Biznesowym prosumentem może zostać firma mała, średnia lub gospodarstwo rolne. Co będzie dla nich zachętą? Po pierwsze to, że nadwyżkę energii będą mogły odsprzedawać do sieci po pełnej cenie rynkowej (w odróżnieniu od osoby fizycznej, chcącej być prosumentem, dla której będzie obowiązywała cena obniżona o 20-30 proc.). Po drugie — zachęcą je korzyści podatkowe (chodzi o możliwość rozliczania kosztów, czego osoba fizyczna robić nie może), a po trzecie — profil zużycia. Osoba fizyczna potrzebuje prądu rano i wieczorem, a firma — głównie w ciągu dnia. To firmie przydadzą się zatem panele fotowoltaiczne, korzystające z dziennych promieni słonecznych. Kolejnym argumentem będzie to, że kredyty inwestycyjne dla firm są tańsze od konsumpcyjnych. Zachętą będzie też potrzeba zapewnienia sobie bezpieczeństwa dostaw — to nowa motywacja, zrodzona po ubiegłorocznym sierpniowym kryzysie energetycznym. Jest szczególnie silna wśród odbiorców pobierających powyżej 300 kW, bo to ich można wezwać do wyłączenia produkcji w razie kryzysu.
— Poza tym efektem ustawy będzie wzrost cen energii, a to też wpłynie pozytywnie na rozwój mikroźródeł OZE — podkreśla Grzegorz Wiśniewski, szef IEO. Rachunki za prąd windować będzie tzw. opłata przejściowa i opłata OZE (wprowadzona od 1 lipca), a także koszty wielkich inwestycji, np. w bloki węglowe. Do tego dodać można jeszcze przyszłe dodatkowe opłaty wynikające z planowanego wprowadzenia rynku mocy. A droga energia to zawsze dodatkowa zachęta do inwestycji we własne źródło.
Po oszczędności i wiedzę
O tym, że własne źródło może się przedsiębiorstwom opłacić, świadczą wyliczenia IEO. Przy różnych wariantach finansowania i różnej wielkości zapotrzebowania na prąd eksperci oszacowali, że dla domu rodzinnego taka inwestycja będzie ekonomicznie nieinteresująca, ale dla firmy — owszem. Przy zużyciu energii na poziomie 20 tys. kWh rocznie i instalacji o mocy 20 kW przedsiębiorca może liczyć na stopę zwrotu (IRR) wahająca się pomiędzy 3,9 a 8,6 proc. Czy to zachęca? Zachęca, choć — jak wynika z badań IEO — ważne są nie tylko pieniądze. Instytut przeprowadził ostatnio badanie ankietowe wśród kilkudziesięciu małych i średnich firm, które już zainwestowały we własne źródła OZE. Pytał, co było dla nich przy tych inwestycjach istotne.
— Priorytetem firm w planowaniu inwestycji OZE jest częściej oszczędność energii niż chęć zarabiania na inwestycji. Przedsiębiorstwa są też skłonne ponosić dodatkowe ryzyko po to, by zebrać praktyczne doświadczenia w trakcie eksploatacji. Istotna jest też konieczność zapewnienia stworzyła niszę bezpieczeństwa dostaw — zauważają eksperci IEO.
Ścieki lubią słońce
W ankiecie IEO wzięły udział głównie firmy z sektora komunalnego, gazowniczego, recyklingu odpadów i przemysłu meblarskiego, bo to cechuje je wysoka konsumpcja prądu. Uwagę zwraca aktywność oczyszczalni ścieków. Dla przykładu, warszawskie Miejskie Przedsiębiorstwo Wodno- -Kanalizacyjne (MPWiK) planuje montaż paneli fotowoltaicznych.
— Chodzi o teren Zakładu Północnego w Wieliszewie oraz oczyszczalni ścieków Czajka i Południe, w której powstanie największa z projektowanych instalacji, o mocy ok. 3,5 MW — podaje Roman Bugaj, rzecznik prasowy MPWiK. Wśród argumentów inwestycyjnych wymienia… społeczną odpowiedzialność firmy i bezpieczeństwo energetyczne (więcej na str. 15). Drugi argument przywołuje też gmina Żarki w województwie śląskim. — Zima oblodziła nam kiedyś słupy energetyczne i nie mieliśmy prądu — wyjaśnia Małgorzata Banaszczyk z urzędu miasta.
Żarki zamontowały więc na dachu lokalnej oczyszczalni panele fotowoltaiczne, które zaspokajają 20 proc. zapotrzebowania zakładu na prąd. Przy rachunku za energię na poziomie 100 tys. zł miesięcznie daje to ok. 20 tys. zł oszczędności. Dla gminy to dużo, więc myśli o kolejnych inwestycjach.
— Rozważamy postawienie klasycznej farmy fotowoltaicznej i sprzedaż prądu, ale najpierw musimy przeanalizować nowe przepisy — mówi Małgorzata Banaszczyk. Zainteresowanie źródłami OZE w branży ściekowej dostrzega też Symbiona, dostawca technologii oczyszczania ścieków i przetwarzania osadów, które umożliwiają produkcję biogazu i wytwarzanie własnej energii.
— Niektórzy z naszych klientów rozważają inwestycje w OZE. Może to być korzystne zwłaszcza dla małych i średnich zakładów przemysłowych, w których biogaz będzie wytwarzany ze ścieków lub odpadów produkcyjnych. Szczególnie interesujące jest połączenie korzyści z ustawy z oszczędnościami z wdrożenia energooszczędnych technologii — twierdzi Justyna Dziewota- -Jabłońska z Symbiony.
[FOT. MAREK WIŚNIEWSKI, RAFAŁ KLIMKIEWICZ]W śmieciach czuć dystans
Świetne rozeznanie i dobre doświadczenia w branży mikroinstalacji OZE ma też Gaspol z branży LPG.
— Od kilku lat inwestujemy we własne źródła, pracujące na potrzeby naszych zakładów. Na dachu rozlewni w Rypinie mamy już instalację fotowoltaiczną, pracuje tam też instalacja trigeneracyjna, produkująca prąd, ciepło i chłód. W rozlewni w Pleszewie też zainwestowaliśmy w trigenerację — mówi Anna Mikosz, dyrektor PR w Gaspolu. Po co to wszystko? By zbudować kompetencje, bo Gaspol oferuje klientom doradztwo i instalację takich źródeł. — Pod względem ekonomicznym nasze inwestycje też spełniają swoje zadanie — zaznacza Anna Mikosz.
Z ekonomiki zadowolona jest też mrożonkowa Frosta, która w 2009 r. zainstalowała na dachu chłodni elektrownię słoneczną.
— Prąd z instalacji pozwala zaoszczędzić nawet do 30 proc. chwilowego zapotrzebowania na energię zużywaną do wychłodzenia mroźni — mówi Paweł Wojciechowski,
dyrektor sprzedaży Frosty na Polskę i rynek CEE. Branża drzewna też chętnie inwestuje w zielone źródła. Sprzyja temu własny surowiec.
— Zwiększamy spalanie biomasy w stosunku do paliw kopalnych. W 2015 r. zakończyliśmy budowę kotła biomasowego w Wieruszowie. Instalacja umożliwia spalanie dodatkowo ok. 20 tys. ton biomasy rocznie w postaci kory drzewnej, która pozostaje po procesie sortownia wiórów. Do tej pory kora była sprzedawana, natomiast teraz niemal 100 proc. powstającej na terenie zakładu biomasy będzie wykorzystywane energetycznie — informuje Michael Wolff, prezes Grupy Pfleiderer. Możliwość zbudowania kompetencji nie wszystkich jednak przekonuje. Firmy działające w branży odpadów, czyli np. Remondis i Sita (ich maszyny segregujące zużywają dużo prądu) analizowały temat i odpuściły.
— Inwestycja nie dawała nadziei na zwrot — mówi Mirosław Baściuk z Remondisu. — Mamy za małe własne zużycie prądu — twierdzi Jean-Michel Kaleta, prezes Sity Polska.
Z noweli ustawy o OZE Instytut Energetyki Odnawialnej wyciągnął jeszcze jeden przewrotny wniosek. Otóż jeśli ktoś chce wspierać ekologię, to… nie powinien inwestować w OZE.
— Oddawanie ustawowej [20-30-procentowej — red.] nadwyżki energii za darmo węglowym koncernom energetycznym nie musi służyć nowym proekologicznym inwestycjom. Natomiast osoby wspierające energetykę węglową mogą inwestować w mikroinstalacje OZE z przekonaniem, że zainwestowane pieniądze wrócą do sektora — zauważają eksperci IEO.