Uwaga skupia się na walutach mimo hossy na rynku akcji

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-12-06 00:00

Co się stanie, jeśli rynek nieruchomości się załamie, a zagranica przestanie kupować amerykańskie obligacje i akcje? Obawiam się, że krach z 1987 roku byłby wtedy wspominany jako mało znaczące wydarzenie.

Z Ameryki

Jeśli spojrzymy na zamknięcie tygodnia w USA to powiemy, że hossa trwa. Problem jednak w tym, że tylko jedna sesja (środowa) odpowiada za wzrost indeksów. Dwie pierwsze były spadkowe, bo początek sprzedaży świątecznej nie był taki dobry jak oczekiwano, a dwie ostatnie neutralne. Czy przypadkiem stało się tak, że wzrostowa sesja odbyła się akurat w pierwszym dniu miesiąca, kiedy to fundusze dostają świeże pieniądze i to w miesiącu, który historycznie jest najlepszy dla akcji w całym roku? Poza tym od 64 lat w roku wyborczym, wtedy, gdy następuje reelekcja republikanina indeksy w grudniu rosną. Dodatkowo wypłata 32 mld USD dywidendy przez Microsoft pomagała bykom, bo wiadomo było, że większa ich część wróci na giełdę. Być może również dlatego tak wyraźnie wzrosły obroty. Cieszył również gwałtowny, największy od czasu wojny z Irakiem, spadek ceny ropy. Faktem jest, że tak jak rynek praktycznie nie reagował na ceny wyższe od 50 USD za baryłkę to nie bardzo ma teraz powody do wzrostu, jeśli cena zbliża się do 40 USD. Niewątpliwie jednak taka korekta ceny (bo na razie nie można mówić o zmianie trendu) jest dla gospodarki korzystna.

Dane makro w zeszłym tygodniu były mieszane, ale nie zachwycił przede wszystkim miesięczny raport z rynku pracy i raport o wydatkach na konstrukcje budowlane. Przyrost miejsc pracy w USA był spory, ale w dolnej granicy oczekiwań. Takim wzrostem zatrudnienia nie zmniejszy się bezrobocia. Wydatki na konstrukcje budowlane nie wzrosły i to był zdecydowany minus. Jak widać nie tylko huragany hamują budownictwo i znowu możemy zacząć czuwanie i wypatrywanie końca hossy w tym sektorze. Ja końca tej hossy wypatruję od dawna, ale uważam, że opóźnienie wynika jedynie z prostego faktu: w czasie hossy żaden analityk nie jest w stanie przewidzieć, kiedy się ona zakończy. Ostatnio Stephen Roach z Morgan Stanley też alarmuje, że załamanie na tym rynku może być już blisko. W trzecim kwartale ceny domów wzrosły o 13 procent rok do roku dochodząc do 25. letniego szczytu. Było to zdecydowane przyśpieszenie w stosunku do drugiego kwartału, kiedy to zwyżka wyniosła 9,8 proc. Takie wzrosty cen domów w USA są czymś niezwykłym i mogą sygnalizować, że rynek wszedł już w fazę euforii, która kończy każdą hossę. Roach zwraca uwagę na to, co jest niepokojące dla każdego obserwatora: na stopę oszczędności. W październiku znowu spadła dynamika wzrostu oszczędności do śmiesznie małej wartości 0,2 proc., a krajowa stopa oszczędności netto spadła w trzecim kwartale do 1,2 proc. Oznacza to po pierwsze, że Amerykanie są bogaci wyłącznie dlatego, że wysoko wyceniony jest ich majątek (domy, akcje), dzięki czemu zwiększają swoje zadłużenie (przypominam, ze to już 85 proc. PKB). Po drugie całe finansowanie całego wzrostu gospodarki zależy od napływających z zagranicy środków.

Zadajmy sobie pytanie co się stanie, jeśli rynek nieruchomości się załamie, a zagranica przestanie kupować amerykańskie obligacje i akcje? Obawiam się, że krach z 1987 roku byłby wtedy wspominany jako mało znaczące wydarzenie. Pytanie w tym kontekście jest tylko jedno pytanie: jak mocno musi się jeszcze przecenić dolar, żeby inwestorzy zaczęli zamykać swoje pozycje dolarowe? Indeks dolara jest na rekordowo niskim poziomie, ale będąc w trendzie spadkowym ma jeszcze 10 procent do dolnego ograniczenia. Pisałem ostatnio, że kilka krajów już wspomina o zmianie struktury swoich rezerw. Im dolar będzie słabszy tym więcej będzie takich krajów. Rosnąca w ciągu tygodnia rentowność obligacji mogła sygnalizować zwiększającą się chęć ucieczki z USA, ale piątek ten trend zmienił. Dopóki rosną kursy akcji, nawet, jeśli rentowność będzie rosła, inwestorzy będą uważali, że po prostu część kapitału przechodzi z obligacji w akcje.

Po wielkich emocjach zeszłego tygodnia ten powinien być bardziej spokojny. Przynajmniej, jeśli chodzi o dane makro. Właściwie tylko piątek z danymi o inflacji w cenach producenta i deficycie budżetowym będzie miał jakieś znaczenie dla rynków. Z tego wniosek, że powinien być kontynuowany trend z końca zeszłego tygodnia, czyli stabilizacja z tendencją do wzrostu indeksów. Oczywiście pod warunkiem, że coś niezwykłego nie stanie się na rynku walutowym, a może się stać skoro w zeszłym tygodniu dolar bił kolejne rekordy słabości. Nawet informacja o tym, że wiceminister finansów Japonii nie wykluczył wspólnej akcji Europy i Japonii na rynku walutowym nic nie pomogła amerykańskiej walucie. Nastroje są nadal niezwykle anty-dolarowe i nie widać szansy, żeby trend załamał się w sposób naturalny. Panika na tym rynku wywołałaby przecenę akcji, ale również sprowokowałaby interwencję banków centralnych. Nie łudzę się, że taka interwencja zmieniłaby długoterminowy trend, ale wywołałaby gwałtowną korektę i uspokoiłaby rynek na klika tygodni. A to pomogłoby akcjom. Reasumując: okres roku jest dla akcji korzystny, ale wszystko teraz zależy od działania banków centralnych na rynku walutowym.

Z Polski

Nasz rynek zachował się w minionym tygodniu bardzo dobrze. Tradycja mocnego grudnia jest u nas może nieco słabsza, ale nie po to przez ostatnie tygodnie duzi inwestorzy wymieniali olbrzymie pakiety akcji, żeby zrezygnować z euforycznej końcówki hossy. Według wielu inwestorów to jest po prostu kontynuacja hossy, która będzie jeszcze trwała miesiącami. Nie mam nic przeciwko temu, ale wszystko mi mówi, że tak się nie stanie. Ostatnio pisałem o tym, że praktycznie wszystkie dane makro sygnalizują nadchodzące spowolnienie. Mam większą ich porcję. Europejskie indeksy PMI pokazujące jak rozwijał się w listopadzie sektor produkcyjny spadły do poziomu najniższego od 14 miesięcy balansując na granicy poziomu 50 pkt. (odgranicza recesję od rozwoju). Podobnie było w Polsce. Indeks PMI spadł do 50,6 pkt. (od 50 pkt. w dół zaczyna się „zwijanie sektora”). Spadły również, utrzymując się tuż nad poziomem 50 pkt., subindeksy nowych zamówień zarówno krajowych jak i eksportowych. Eksport będzie spadał, a import rośnie, co nie może dziwić przy tak silnym złotym. W ten sposób importujemy bezrobocie, ale głośno nikt tego nie mówi. Słyszę wręcz głosy twierdzące, że wpływ taniego importu na rynek pracy jest nieznaczny. Ale co będzie za rok?

Jeśli chodzi o komentarze odnośnie rynku walutowego to w Polsce jest bałagan i każdy ciągnie w swoją stronę. Trudno nawet podzielić wypowiadających się według instytucji. Co innego mówi Leszek Balcerowicz prezes NBP (zdecydowanie przeciwny interwencji), co innego Krzysztof Rybiński jego wiceprezes. W rządzie też z jednej strony są Marek Belka i Jerzy Hausner, a drugiej Mirosław Gronicki, minister finansów. Na przykład premier Marek Belka zapowiedział rozmowy z RPP oraz NBP na temat polityki kursowej, a Mirosław Gronicki stwierdził, że on i owszem spotka się z NPB, ale jedynie w sprawie wejścia do ERM2, a nie w sprawie bieżącego kursu walutowego. Niestety, nie tylko na temat złotego są podstawowe różnice w rządzie. Popatrzymy na dwie wypowiedzi: „Chcemy znaleźć ścieżkę obniżenia stawki podstawowej VAT po to, by zbudować silny bodziec do aktywizacji konsumpcji...” (Hausner) i „System podatkowy przede wszystkim powinien karać konsumpcję, a nagradzać oszczędności” (Gronicki). Jak długo jeszcze premier i wicepremier polskiego rządu będą tolerowali ministra finansów, który zdecydowanie gra w innej drużynie i do tego mówi, że jak euro sięgnie 4,10 PLN to rząd „będzie musiał cos z tym zrobić”, a na pytanie co, odpowiada „myśleć”. Wydawałoby się, że minister jest od tego, żeby wyprzedzać wydarzenia, ale widać nie jest to polski minister finansów. Wygląda to wszystko niezwykle niepoważnie, a spekulanci korzystają z każdej korzystnej dla złotego wypowiedzi, żeby go wzmocnić.

Nie było widać nawet śladu zaniepokojenia zapowiadanymi konsultacjami rządu z NBP w sprawie kursu walutowego. Taka sytuacja może potrwać dłużej, bo skoro premier chce odbyć to spotkanie w ciągu maksimum dwóch tygodni, a rynek jest w bardzo silnym trendzie wzrostowym, to normalną reakcją jest zajęcie postawy wyczekującej, czyli zmiany zależne od tego, co będzie się działo na rynku eur/usd. Dodatkowe wzmocnienie złotego przed tymi konsultacjami mogłoby wzmóc determinację rządu i zaszkodzić funduszom spekulacyjnym, które chcą nadal złotego wzmacniać. W tej sytuacji wejście naszej waluty w trend boczny (droga na wschód) jest najbardziej rozsądnym wyjściem z sytuacji. Można się obawiać, że pod obecnym kierownictwem NBP do takiej interwencji długo nie dojdzie. Wnioski? Złoty na początku roku powinien zacząć tracić, ale trzeba brać pod uwagę, że siły spekulantów są olbrzymie i jeśli rząd i NBP nie skoordynują wysiłków to mocny złoty doprowadzi do stagnacji w gospodarce.

Wróćmy jednak na rynek akcji. WIG-20 wybił się z dużego trójkąta – flagi (w cenach zamknięcia), a WIG opuścił kanał trendu bocznego. W takich sytuacjach analiza techniczna mówi, że WIG powinien wzrosnąć przynajmniej do 27.100 pkt., a WIG-20 do 1.970 pkt. Podkreślam, że mówimy o minimalnych zakresach wzrostów. W hossie nie ma możliwości, żeby przewidzieć docelowy poziom zwyżki. Jedno jest pewne – zaangażowanie dużych kapitałów sygnalizuje, że taka zwyżka może potrwać kilka tygodni. Na rynku w żadnym wypadku nie można mówić jeszcze o euforii, więc jest stosunkowo bezpiecznie. Dlaczego stosunkowo bezpiecznie, a nie bardzo „byczo”? Dlatego, że na całym świecie powszechna jest wiara w grudniowo-styczniowe wzrosty indeksów. U nas również Wigometr pokazuje znaczną przewagę byków. Jedynym pozytywem jest to, że nie jest ich więcej niż 50 procent. Wydaje się jednak, że mimo tego, klasycznego w tej, końcowej fazie hossy, dużego optymizmu (pamiętajmy, że duży optymizm zawsze kończy się klęską byków) u nas, podobnie jak w USA, jedynie wybitnie niekorzystne zachowanie rynków walutowych mogłoby zakończyć hossę przed końcem roku.