Uwolnienie internetu pomoże go przyspieszyć

opublikowano: 04-07-2014, 00:00

UKE chce w największych miastach zdjąć ograniczenia nałożone na Orange. Konkurenci byłego monopolisty stawiają opór

Duży może mniej — szczególnie wtedy, gdy jest tak duży, że z łatwością mógłby zgnieść mniejszych konkurentów. Tak przez lata było na polskim rynku stacjonarnego internetu, gdzie potężną infrastrukturę i dominującą pozycję (ok. 80 proc. rynku) miała Telekomunikacja Polska, przekształcona w Orange. By mniejsze firmy mogły z nią walczyć o klientów, były monopolista od 2007 r. musiał im hurtowo — i tanio — odsprzedawać dostęp do własnych łącz, dzięki czemu mogli walczyć o klientów końcowych. Z oferty alternatywnych operatorów na łączach Orange (tzw. BSA) korzysta dziś ok. 322 tys. klientów — z czego ponad 80 proc. za internet płaci Netii, a reszta przede wszystkim T-Mobile. Teraz, zdaniem UKE, sytuacja zmieniła się na tyle, by nałożony na Orange obowiązek znieść w 76 gminach, gdzie były monopolista nie ma pozycji dominującej (jego udziały nie przekraczają 30 proc.), a w co najmniej 65 proc. gospodarstw domowych może wybierać między trzema operatorami. W czwartek UKE opublikował stanowiska graczy i organizacji rynkowych, zgłoszone w procesie konsultacji społecznych nowego rozwiązania. Wątpliwości nie brakuje.

Wyświetl galerię [1/2]

ZALETY KONKURENCJI: Orange, którego prezesem jest Bruno Duthoit, dziś tylko w ograniczonym stopniu inwestuje w modernizację infrastruktury. Zapowiada jednak, że po deregulacji, w warunkach wolnej konkurencji, wszystko się zmieni. [FOT. ARC]

Motywowanie do inwestycji

Gdyby projektowane postanowienie UKE przyjęto bez zmian — a zaakceptować to będzie musiała również Komisja Europejska — Orange mogłoby agresywnie wrócić do gry o klientów internetowych w takich miastach, jak Warszawa, Wrocław, Bydgoszcz, Toruń, Gorzów Wielkopolski, Zielona Góra, Lublin, Łódź, Białystok, Olsztyn, Katowice, Sosnowiec, Szczecin czy Gdynia (ale już nie Gdańsk, Kraków czy Poznań). Łącznie 76 gmin, wymienionych w decyzji UKE, zamieszkiwanych jest przez 24 proc. ludności Polski, stanowiącej jednocześnie aż 37 proc. abonentów szerokopasmowego internetu. Przedstawiciele Orange podkreślają, że zdjęcie z nich obowiązku hurtowego udostępniania łącz innym operatorom znacznie przyspieszy rozbudowę i modernizację sieci, która dziś — przy niskich stawkach za udostępnienie łącz — po prostu się nie opłaca. A wymiana starych, miedzianych kabli na nowe (lub na światłowody) to oczko w głowie rządu, bo zgodnie z unijną Agendą Cyfrową do 2020 r. wszystkie gospodarstwa domowe w Polsce muszą być w zasięgu łączy o przepustowości przynajmniej 30 MB/s. To będzie słono kosztować — MAC szacował, że osiągnięcie celów agendy technologiami przewodowymi (bez uwzględnienia internetu mobilnego LTE) będzie wymagało inwestycji sięgających nawet 26 mld zł, z czego ok. 20 mld zł musiałyby wydać ze swojej kasy telekomy.

Kłopoty z geografią

Najwięksi internetowi konkurenci Orange w wielkich miastach nie podważają sensu deregulacji, ale podają w wątpliwość przyjęte przez UKE kryteria — jak UPC, które jest największym graczem w dużych miastach.

„Operatorzy kablowi, w tym UPC, stali się kołem zamachowym realizacji celów Agendy Cyfrowej, udowadniając, że model biznesowy oparty na masowych inwestycjach i dostępnych cenach jest możliwy. Wspierając konkurencję infrastrukturalną, UPC co do zasady popiera działania regulatora” — głosi stanowisko UPC, dołączone do opinii Konfederacji Lewiatan.

UPC i pozostali konkurenci — tacy jak Netia, która jest dziś głównym hurtowym klientem Orange — kwestionują jednak m.in. geograficzne podejście UKE. Uważają, że błędem jest wprowadzanie deregulacji na poziomie całych gmin, bo urząd powinien badać poszczególne węzły telekomunikacyjne. W innym wypadku może dojść do sytuacji, w której np. w najgęściej zaludnionej części obszaru konkurencja będzie wolna, ale na obrzeżach internet oferować będzie wyłącznie Orange.

Analiza bez analizy

Swoje trzy grosze dorzuca też UOKiK. Krytykuje on m.in. opieranie się przez UKE wyłącznie na „nieaktualnych” danych rynkowych za 2012 r. Wytacza też działa większego kalibru.

„Proponowane przez Prezesa UKE w okresie 2011-2014 rozstrzygnięcia, dotyczące regulacji tego rynku, zasadniczo się różnią, co powoduje wrażenie braku spójnej koncepcji regulatora” — głosi stanowisko UOKiK.

Zwracają na to uwagę również konkurenci Orange — trzy lata temu bowiem UKE podjął pierwszą próbę deregulacji rynku. Wtedy „uwolnienie” miało zacząć się od 11 gmin.

„Liczba obszarów konkurencyjnych w nowej analizie zwiększyła sie siedmiokrotnie. Tak znaczące różnice na przestrzeni 3 lat powinny wzbudzić wątpliwości i zostać szczegółowo przeanalizowane. Prezes UKE nie dokonał jednak jakiejkolwiek analizy”— głosi stanowisko T-Mobile Polska.

Proponowana przez UKE deregulacja została w całości poparta m.in. przez Stowarzyszenie „Miasta w internecie”. Popiera ją też Business Centre Club — do którego należy Orange — ale chciałby, by UKE poszedł o krok dalej.

„Należałoby jeszcze raz przeanalizować listy miast (szczególnie dużych aglomeracji, jak Poznań, Gdańsk, Kraków) pod kątem możliwej deregulacji, jak i być może zastosowanych zbyt restrykcyjnych kryteriów oceny konkurencyjności rynków lokalnych”— napisał Krzysztof Szubert, minister ds. cyfryzacji w gabinecie cieni BCC.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu