Co Joe Biden widział na prompterze. Wizyta prezydenta USA z bliska

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-02-22 18:42

Przybyłem, zobaczyłem, powiedziałem… Druga już w ciągu 11 miesięcy wizyta 46. prezydenta USA w Polsce nie zaowocuje jakimś przełomem. Na pewno jednak zostanie zapamiętana z co najmniej dwóch powodów.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Przez Polskę z przemówienia Josepha Bidena w ogrodach u podnóża Zamku Królewskiego, zaś przez Ukrainę i cały świat ze zdumiewających okoliczności jego utajnionej wizyty w znajdującym się wciąż na froncie Kijowie. Coś takiego zdarzyło się pierwszy raz od zakończenia drugiej wojny światowej, podczas której skrycie latali Franklin D. Roosevelt i Harry Truman.

Opinia publiczna w USA do tej pory jest np. zaskoczona — ale bardzo pozytywnie — że status Air Force One tym razem miała nie powszechnie znana, także z filmów, maszyna B-747, lecz nieco mniejszy samolot koncernu Boeing, średniodystansowy model 757, chociaż oczywiście również z floty rządowej i z napisem United States of America. Dzięki takiej zmyłce udało się skutecznie ukryć — również przed światowymi specjalistycznymi portalami — przelot Josepha Bidena z bazy Andrews pod Waszyngtonem do Rzeszowa-Jasionki z międzylądowaniem w amerykańskiej bazie Ramstein na terenie RFN. Notabene właściwy B-747 oczywiście do Warszawy doleciał i prezydent USA w środę wrócił już z fasonem na jego pokładzie. Nie wypada nam zaglądać w kosztorysy podróży najbardziej chronionego polityka świata...

W związku z jego globalną pozycją fizyczny dostęp w pobliże prezydenta USA jest ściśle limitowany, w tym również dla dziennikarzy. Poza konkurencją pozostaje stały pool medialny akredytowany przy Białym Domu, natomiast pozostałe tysiące dziennikarzy muszą łapać okazje lub zaakceptować relacjonowanie z oddali.

Mnie udało się kiedyś dostać, przy okazji polskich wizyt, dwa razy po kilkadziesiąt sekund — tyle dali mediom agenci Secret Service — do Gabinetu Owalnego Białego Domu, czyli decyzyjnego serca zachodniego świata. Na terenie Polski zaś obcowałem w 2017 r. z odległości jedynie 7-8 metrów z Donaldem Trumpem podczas konferencji na Zamku Królewskim. Tak blisko tylko dlatego, że bardzo wcześnie zająłem marynarką krzesło w drugim rzędzie i nikt jej nie wyrzucił, media z definicji miały miejsca jakieś 50 metrów dalej.

Kolejny raz łamiąc tzw. ustalenia, wyhaczyłem bliską miejscówkę 21 lutego w ogrodach Zamku Królewskiego, nie na zwyżce medialnej czy w ciepłym pomieszczeniu z kawką pod arkadami, lecz ponad trzy godziny stojąc w chłodzie i na sucho, ale znowu zaledwie 7-8 metrów od prezydenta. Tym razem supergratką okazała się nie tyle odległość od postaci, ile… wgląd do promptera, na którym wyświetlany był tekst przemówienia. Ambasada USA zaaranżowała otoczenie tak wyjątkowo, że sektor zerowy — w którym było m.in. sporo specjalnych gości z Ukrainy — znajdował się również z tyłu mówcy.

Dla rozwoju sztuki kreowania wizerunku oraz publicznych oracji doskonalenie urządzeń wspomagających wystąpienia ma znaczenie gigantyczne. Na zdjęciu przemawiającego Josepha Bidena widoczne są po obu jego stronach niepozorne szklane płytki, ustawione pod kątem nieco powyżej głowy. Tekst wyświetlany jest jednocześnie na obu, co umożliwia swobodną gestykulację, obracanie głowy, zwracanie się do słuchaczy po obu stronach — daje to znakomity efekt wizerunkowy. Ekraników niemal nie było widać przez pancerną szybę otaczającą mównicę. Notabene z mojego miejsca miałem wgląd nie tylko w tekst dużym stopniem pisma na prompterze, lecz w ogóle za przezroczysty pancerz. Zamiast niego oczywiście stała w tym miejscu żywa przegroda w osobie agenta Secret Service.

Po zajęciu miejsca prezydent przesłonił głową jedynie skrawek ekranu, większość pozostawił, za co byłem Josephowi Bidenowi bardzo wdzięczny. Mogę więc oznajmić, że tekst wyświetlany oraz wygłoszony były zgodne 1:1, poza dosłownie jakimiś przecinkami. Trzeba pamiętać, że Josephowi Bidenowi idzie już 81. rok, razem ze sztabem pracuje i cyzeluje wszystko wcześniej, zatem potem w światłach rampy nie ma już czasu na improwizację, myśli jedynie o jak najlepszym sprzedaniu tego, co zapisane.

Jako szczególarz wyczytałem — dokładnie to samo wszyscy usłyszeliśmy — ciekawostki. Na przykład na samym początku Joseph Biden napisał/powiedział tak: „President Duda, Mr. Prime Minister, Mr. Mayor…”. Niby drobiazg, ale trudno logicznie wytłumaczyć rozróżnienie, czemu głowa państwa została powitana bez tytułu „Mr.”, natomiast Mateusz Morawiecki i Rafał Trzaskowski owszem, przy czym oni już bez nazwisk, jedynie funkcyjnie. Po prostu mówca tak to sobie ustalił — i tyle.

Przed przemówieniem prompter był technicznie próbowany, puszczano krótki tekścik. Ale nie byle co, jako odpowiednik naszego mikrofonowo-głośnikowego „razdwatrzy”. Ekranowy przedskoczek był bardzo patriotyczny — przypominał wypowiedź Abrahama Lincolna o najkrwawszej bitwie wojny secesyjnej pod Gettysburgiem w 1863 r., która w ocenie tamtego wielkiego prezydenta bardzo tragicznie, ale zrodziła zjednoczony naród amerykański. Podniosłość zwyczajnej technicznej próbki promptera nie powinna jednak dziwić. Kiedyś po wystąpieniu w Polsce pewnego prezydenta podprowadziłem spod mównicy wykorzystany przez niego na łyk herbaty tekturowy kubek — dzięki czemu mam DNA, ale nie ujawnię czyje — i nawet na takiej porzuconej jednorazówce widnieje… pieczęć herbowa z okólnym napisem: Seal of the President of the United States. Nie śmiem sięgać wyobraźnią głębiej...

PODGLĄDACZ:
PODGLĄDACZ:
Autor – widoczny w grupce po lewej stronie zdjęcia w kapturze – wyróżnia się tym, że… nie robi komórką fotek, lecz śledzi tekst na dalszym ekranie promptera, widocznym po lewej ręce Josepha Bidena.
ALEKSANDRA SZMIGIEL / Reuters / Forum

Możesz zainteresować się również: