W 2014 r. znów warto postawić na akcje

Jagoda Fryc
opublikowano: 2013-12-19 00:00

W przyszłym roku warszawska giełda pojedzie na mocnym silniku. I choć hamulec mogą wcisnąć OFE i Fed, to i tak inwestorzy dojadą do zysków

Rozbudzony apetyt inwestorów na zyski zostanie zaspokojony w przyszłym roku — przekonują specjaliści z TFI. Zarządzający uważają, że mimo rodzajów ryzyka związanych z ewentualną podażą ze strony OFE i ograniczeniem drukowania pieniędzy w USA, 2014 r. zakończymy na plusie — i to niemałym.

— Zakładam 11-procentową stopę zwrotu z WIG, przy czym większość z tego wzrostu przypadnie na ostatnie miesiące 2014 r. Pomimo bardzo silnych zwyżek w segmencie małych i średnich spółek, w mijającym roku, powinny one nadal być relatywnie lepsze od dużych w tej fazie cyklu koniunkturalnego — uważa Jarosław Niedzielewski, dyrektor ds. inwestycji w Investors TFI.

— Rok zakończymy na plusie, jednak trudno będzie o dobry wynik. W dalszym ciągu warto stawiać na małe i średnie spółki — dodaje Marek Buczak, dyrektor ds. rynków zagranicznych w Quercus TFI. W tym roku akcje popularnych „misiów” osiągnęły zdecydowanie wyższe stopy zwrotu niż blue chipy — mWIG40, sWIG80 i WIG-Plus urosły o 29-33 proc., podczas gdy WIG20 TR (uwzględnia dywidendy) spadł o 1,5 proc. Od stycznia do funduszy akcyjnych napłynęło 4,9 mld zł świeżego kapitału, w tym do funduszy akcji małych i średnich spółek 2,1 mld zł.

Sygnały zza oceanu

Zdaniem Jarosława Niedzielewskiego, rok 2014 będzie okresem weryfikacji rozbudzonych oczekiwań inwestorów związanych z nadziejami na ożywienie w gospodarce. Hossa się jednak nie skończy, ale wejdzie w fazę uspokojenia — dominować może więc niezbyt lubiany przez inwestorów trend boczny.

— W styczniu amerykańskie indeksy ustanowią szczyt w trwającej praktycznie bez przerwy od dwóch lat fali zwyżek. Prognozowany przeze mnie, trwający trzy kwartały przystanek na głównej giełdzie globu w 2014 r. miał już swoje odpowiedniki w latach 1984, 1994 i 2004. Wtedy hamulec w trendzie wzrostowym na indeksie S&P500 naciskał Fed, rozpoczynając cykl podwyżek stóp procentowych. Obecnie w warunkach niskiej inflacji jedynym zagrożeniem ze strony Rezerwy Federalnej pozostaje stopniowe zatrzymywanie prasy drukarskiej, czyli ograniczanie skupu obligacji — tłumaczy Jarosław Niedzielewski.

Wtóruje mu Adam Łukojć, zarządzający ze Skarbca TFI, który dodaje, że rynek zacznie też wypatrywać ryzyka w krajach strefy euro.

— Dodatkowo na podwyższoną zmienność lokalnie wpływać będzie demontaż OFE, a w szczególności wpisana na końcu prac nad ustawą możliwość zmiany funduszu przez dotychczasowych klientów — dodaje Paweł Burzyński, wiceprezes Trigon TFI.

Długa droga do mety

Paweł Jackowski, zarządzający funduszami Ipopema TFI, zwraca jednak uwagę, że przed nami rok poprawy wyników spółek, a w dalszej perspektywie fundusze unijne na lata 2014-20.

— Ekonomiści systematycznie podnoszą prognozy polskiego PKB na 2014 r. Uważam, że może on przekroczyć 3 proc. [konsensus to 2,7 proc. — red]. Oszczędności z lat kryzysu, czyli 2008-12 dopiero w tym roku zaczęły powracać na giełdę. Widać też wyraźnie ożywienie na rynku nieruchomości oraz rosnący apetyt na ryzykowne aktywa. Sądzę, że te tendencje będą kontynuowane w przyszłym roku — dodaje Paweł Jackowski.

Podobnego zdania jest Jarosław Niedzielewski, który zwraca uwagę, że znajdujemy się dopiero na początku ożywienia gospodarczego, a więc hossa na polskiej giełdzie nie powinna skończyć się w ciągu najbliższego roku lub nawet dwóch. Specjalista zaznacza jednak, że tak długie projekcje są obarczone wysokim ryzykiem błędu.

— Zatrudnienie nie zaczęło jeszcze rosnąć, a inflacja podnosić się ze względu na wzrost popytu konsumpcyjnego. Dlatego z jednej strony trudno mówić o przegrzaniu gospodarki i zbyt wysokiej wycenie spółek, a z drugiej rentowności obligacji, choć wyższe niż pół roku temu, nie są na tyle zachęcające, by mogła to być alternatywa dla akcji. Dlatego uważam, że ewentualne spadki lub trend boczny będą jedynie korektą w trendzie wzrostowym — dodaje Jarosław Niedzielewski.

Jeszcze większym optymistą jest Adam Łukojć, który uważa, że ceny akcji będą rosły aż do pęknięcia kolejnej bańki. Specjalista przypomina, że poprzednie hossy kończyły się krachami na rynkach, na których spekulacja sięgała absurdu, np. spółek internetowych i nieruchomości w Stanach Zjednoczonych.

— Obecna hossa może potrwać jeszcze nawet kilka lat, bo kolejnej bańki na razie nie widać na horyzoncie. Akcje nie są już tanie, ale wycenom wciąż jest daleko do poprzednich szczytów. Nieruchomości nie wróciły jeszcze do łask, na rynku surowców wielu inwestorów postawiło już krzyżyk. Na razie nie widać klasy aktywów, której groziłoby załamanie spowodowane bardzo ambitnymi wycenami — wylicza Adam Łukojć.