Konrad Łapiński, Jerzy Kasprzak, Marcin Szuba i Andrzej Domański — to znani na rynku zarządzający, którzy choć nie legitymują się licencją, pomnażają pieniądze klientów funduszy i niejednemu koledze z branży ucierają nosa. Zgodnie z ustawą o funduszach, każde TFI musi zatrudniać co najmniej dwóch licencjonowanych doradców, co zdaniem regulatora rynku jest gwarantem bezpieczeństwa.



— Wymogi ustawowe mają na celu zapewnienie bezpieczeństwa zawieranych transakcji i maksymalną ochronę kapitału klientów. Poza tym licencjonowanie doradców inwestycyjnych przez KNF jest dodatkowym narzędziem nadzorczym, które zwiększa bezpieczeństwo na rynku. W przypadku ewentualnych nieprawidłowości komisja może w postępowaniu administracyjnym pociągnąć do odpowiedzialności także osoby wykonujące ten zawód — tłumaczy Maciej Krzysztoszek z KNF.
W odniesieniu do wyników licencja nie gwarantuje niczego.
— Licencja doradcy nie zapewnia sukcesów. Jest z pewnością potwierdzeniem teoretycznej wiedzy, ale nie praktycznej. Znam wielu analityków, którzy mają głęboką wiedzę, potrafią przeanalizować każdą spółkę, ale nigdy nie będą dobrymi zarządzającymi. Oczywiście licencja pomaga, ale nie jest wyznacznikiem umiejętności — uważa Marek Mikuć, prezes Open Finance TFI.
Między teorią a praktyką
Copernicus Capital TFI dwa dni temu zostało ukarane przez KNF karą pieniężną w wysokości 0,5 mln zł za to, że nie dostosowało się do przepisów ustawy i przez jakiś czas nie zatrudniało wymaganej liczby doradców inwestycyjnych. Marcin Billewicz, prezes towarzystwa, tłumaczy, że była to sytuacja przejściowa, wynikająca nie tyle z ignorancji, co z trudności w znalezieniu kandydata z odpowiednim doświadczeniem. Przyznaje jednak, że choć dziś na pokładzie firmy są dwaj licencjonowani specjaliści, to i tak funduszami nie zarządzają. Są po to, by spełniać wymogi ustawowe.
— Nasze fundusze osiągają ponadprzeciętne stopy zwrotu i jestem przekonany, że klienci to doceniają. Autorami sukcesów są doświadczeni zarządzający, którzy nie posiadają licencji doradcy inwestycyjnego — mówi Marcin Billewicz.
Zdania na temat sensu utrzymywania licencji doradcy i przepisów ustawy w obecnej formiesą w branży podzielone. I nie dziwi fakt, że jej zwolennikami są szczęśliwi posiadacze prestiżowego dokumentu, a przeciwnikami ci, którzy licencji nie mają. Wszyscy zgodnie jednak twierdzą, że tego rodzaju uprawnienia nie gwarantują sukcesu. Dobry zarządzający powinien mieć odpowiednie predyspozycje i nie chodzi tylko o cechy osobowościowe, takie jak odporność na stres czy pracowitość.
— Chodzi o wyczucie rynku, umiejętność podejmowania ryzyka polegającego np. na decyzjach, czy warto odejść od benchmarku czy nie. Są to kompetencje, których nie da się nauczyć na żadnych kursach. Posiada się je po prostu lub się ich nie ma — tłumaczy Marek Mikuć.
Wyczuciem rynku i kompetencjami, których z pewnością nie da się nauczyć zdając egzamin na doradcę, może się pochwalić Marcin Szuba, który jako dyplomowany lekarz z powodzeniem pomnaża pieniądze klientów PZE Energia Medycyna Ekologia. W spadkowym 2011 r. jego fundusz zarobił ponad 27 proc., podczas gdy WIG stracił 20 proc., a kluczem do odpowiedniej selekcji spółek była wiedza medyczna zarządzającego. Pioneer Pekao TFI posiada ośmioosobowy zespół zarządzających z Peterem Bodisem na czele. Wśród nich aż pięciu specjalistów posiada licencję doradcy inwestycyjnego. Nie pomaga to jednak w zarabianiu, bo fundusze Pioneera od lat mają słabe wyniki i mimo starań, przebudowy portfeli, wciąż blado wypadają na tle rywali. Ipopema ma dwóch doradców, ale tak naprawdę za dobre stopy zwrotu odpowiada Jerzy Kasprzak i Paweł Jackowski, którzy licencji nie mają.
W walce o profesjonalizm
Licencje doradcy inwestycyjnego powstały wraz z narodzeniem się rynku kapitałowego w Polsce. Wówczas była to jedyna metoda kontroli i sprawdzania umiejętności ludzi, którzy zajmują się inwestowaniem cudzych pieniędzy. Od tego czasu zmienił się rynek kapitałowy, ale nie punkt widzenia regulatora i… pracodawców.
— Z punktu widzenia pracodawcy licencja doradcy jest w zasadzie jedyną metodą zweryfikowania teoretycznych umiejętności zatrudnianego pracownika. I choć uważam, że nie ilość, ale jakość się liczy, to jednak TFI powinny same zabiegać o ludzi z licencją. To jest wyznacznikiem profesjonalizmu firmy. Oczywiście nie trzeba mieć licencji, aby być dobrym zarządzającym, ale uważam, że tego rodzaju kontrola jest potrzebna — mówi Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. Podobnego zdania jest Marek Mikuć, który mówi, że o ile sam przy zatrudnianiu pracowników zwraca przede wszystkim uwagę na doświadczenie i ich osiągnięcia w zarządzaniu, to w przypadku młodych osób licencja jest niezbędna.