W czwartek szczyt kadrowy UE

PAP
opublikowano: 2009-11-18 19:08

Podczas gdy Londyn nie ustaje w lobbowaniu na rzecz byłego premiera Tony'ego Blaira, to belgijski premier Herman Van Rompuy jest faworytem na pierwszego stałego przewodniczącego Rady Europejskiej. Na dzień przed czwartkowym szczytem UE, na którym ma być też wybrany nowy wysoki przedstawiciel ds. polityki zagranicznej, dyplomaci ostrzegają: mogą pojawić się zupełnie nowe nazwiska.

Lista nazwisk kandydatów stale się wydłuża, a spekulacje rosną. A może Blair zostanie szefem unijnej dyplomacji, a nie przewodniczącym Rady Europejskiej, skoro Londyn tak się upiera przy jego nazwisku? - zastanawiał się jeden z dyplomatów UE w rozmowie z PAP. Brytyjscy dyplomaci wykluczają taki scenariusz, jednocześnie informując w Brukseli, że Blair ma poparcie Polski. Lecz polscy dyplomaci oraz ministrowie ds. europejskich i zagranicznych, którzy byli w ostatnich dniach w Brukseli, milczą i nie podają faworytów Warszawy.

Jeżeli chodzi o przewodniczącego Rady Europejskiej, określanego na wyrost "prezydentem", wciąż faworytem jest Van Rompuy. Zwłaszcza, że - jak donosi w środę belgijski dziennik "De Morgen" - publicznie poparł go niemiecki ambasador w Brukseli. "Rząd Niemiec jest za premierem Van Rompuyem, a jeśli jego kandydatura upadnie, to nie stanie się to z winy Berlina" - powiedział ambasador Reinhard Bettzuege. W Brukseli nieoficjalnie mówi się, że za kandydaturą Van Rompuya lobbowali usilnie francuscy dyplomaci, a w środę kanclerz Angela Merkel powtórzyła, że Berlin i Paryż poprą wspólnych kandydatów.

"Niemcy i Francja będą działały w zgodzie, a nie przeciwko sobie" - powiedziała Merkel.

Szczyt zaczyna się o godzinie 18, będzie miał formę kolacji. Zupełnie nie wiadomo, jak długo potrwa. Niektórzy - jak szef UKIE Mikołaj Dowgielewicz - wróżą, że będzie dogrywka, biorąc pod uwagę trudne decyzje do podjęcia.

"Jeśli wszyscy zgodzą się na Van Rompuya, to pójdzie szybko i szczyt zakończy się wcześnie. Jeśli nie, to może przedłużać się godzinami" - przewidywał jeden z dyplomatów nowego kraju UE.

Szwedzkie źródła przyznają, że najwięcej zamieszania w negocjacjach wprowadzają Brytyjczycy, którzy wytrwale lobbują na rzecz Tony'ego Blaira, mimo znacznego sprzeciwu wobec tej kandydatury m.in. krajów Beneluksu i jego własnej rodziny politycznej, czyli europejskich socjalistów (bo W. Brytania nie należy do strefy euro ani strefy Schengen). Londyn głośno naciska, by to Blair objął przywództwo w Europie, choć wtedy na szczytach władzy w UE nie byłoby już miejsca dla obecnego ministra spraw zagranicznych Davida Milibanda, którego wielu w Europie dużo chętniej widziałoby w roli nowego szefa unijnej dyplomacji, po Javierze Solanie. "Naszym jedynym kandydatem jest Blair" - wielokrotnie powtarzał premier Gordon Brown i brytyjscy dyplomaci w Brukseli.

Dotychczas mówiło się, że Blair kandyduje na "prezydenta" UE. Ale może Londyn rzeczywiście ostatecznie zgłosi go na szefa unijnej dyplomacji: coraz głośniej mówi się, że to stanowisko znacznie bardziej prestiżowe niż przewodniczący Rady Europejskiej, który ma być po prostu koordynatorem prac szefów unijnych rządów i organizować szczyty, a nie być przywódcą Europy, z którym utożsamią się obywatele UE. Nowy szef dyplomacji zasiądzie w Komisji Europejskiej jako wiceprzewodniczący i będzie zarządzał kilkutysięcznym korpusem dyplomatycznym UE. Pomysł tym bardziej prawdopodobny, że poszukiwany jest kandydat z socjaldemokracji (skoro szef KE Jose Barroso jest chadekiem). Blair ma niepodważalne doświadczenie w światowej dyplomacji, jest już wysłannikiem UE ds. Bliskiego Wschodu.

Coraz więcej głosów zakłada też, że decyzja zapadnie w wyniku głosowania, gdyż nie uda się osiągnąć jednomyślności. "Wszyscy w tej chwili mówią o głosowaniu. Wszyscy, z którymi ja rozmawiałem, liczą już, który kandydat ma jakie poparcie" - mówił we wtorek w Brukseli minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Podkreślił, że Polska liczy, iż szefem unijnej dyplomacji zostanie ktoś ambitny z silną osobowością, kto będzie godnie reprezentować Europę na świecie i "skutecznie zabiegać o nasze wspólne interesy".

W Brukseli rośnie presja, by jedno z unijnych stanowisk objęła kobieta. Zależy na tym szwedzkiej prezydencji, jednak wielu dyplomatów przyznaje, że brakuje kandydatek dużego kalibru.

Na dzień przed szczytem na liście kandydatów na dwa nowe unijne stanowiska było ponad 20 osób. Oprócz Van Rompuya i Blaira, w przypadku przewodniczącego Rady Europejskiej są to też szef holenderskiego rządu Jan Peter Balkenende, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker, były kanclerz Austrii Wolfgang Schuessel, były premier Finlandii Paavo Tapio Lipponen. Sami zgłosili się: była prezydent Łotwy Vaira Vikke-Freiberga oraz prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves.

Faworyt na wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej to były włoski premier Massimo D'Alema; na liście potencjalnych kandydatów są też m.in.: inny były szef włoskiego rządu Guliano Amato, unijna komisarz ds. handlu, Brytyjka, Catherine Ashton, była unijna komisarz i obecna minister oświaty Grecji Anna Diamantopulu oraz była szefowa austriackiej dyplomacji Ursula Plassnik. Wcześniej mówiło się też o fińskim komisarzu ds. rozszerzenia Ollim Rehnie i byłym sekretarzu generalnym NATO Jaapie de Hoop Schefferze. Wydaje się, że szefowie brytyjskiej i szwedzkiej dyplomacji David Miliband i Carl Bildt są poza wyścigiem; pierwszy kilkakrotnie zapewniał, że kariera w Brukseli go nie interesuje, drugi odpadł wraz z nominacją we wtorek szwedzkiej minister ds. europejskich Cecilii Malmstroem na komisarza w nowej KE.

Czy na szczycie pojawi się nagle nieznane nazwisko, czarny koń, który prześcignie wszystkich innych, podobnie jak to było pięć lat temu, kiedy wybierano szefa Komisji Europejskiej? "Kiedy przywódcy zamykali się w sali obrad na szczycie, na liście kandydatów było dziesięć nazwisk. Nie było wśród nich portugalskiego premiera Jose Barroso, który wygrał" - przypomina w rozmowie z PAP wieloletni dyplomata z Rady UE. Podobnie było w przypadku wyboru Javiera Solany na wysokiego przedstawiciela UE ds. dyplomacji. Też do ostatniej chwili nie wymieniano go w gronie faworytów. "Im mniej się o kimś mówi przed szczytem, tym ma większe szanse, bo nie było czasu, by go spalić..." - dodaje dyplomata.