Wybór prezesa KGHM, w końcu jednej z największych polskich spółek, nie budził specjalnych emocji, z kilku przyczyn. W poprzednim rozdaniu najpoważniejsi kandydaci do fotela prezesa, namaszczeni przez otoczenie premiera, uczestniczyli w swoistym wyścigu: zdążyć przed powołaniem Wojciecha Jasińskiego na ministra skarbu państwa. Jeżeli nie zdążyli, należałoby — tak naprawdę — całą procedurę przeprowadzić spokojnie, bez pośpiechu. Może nie z konkursem, bo to mniejsza czy większa fikcja, ale porządnie, z przesłuchaniami, zasięgnięciem rzetelnych opinii o kandydatach. Stało się jednak inaczej.
Nowemu prezesowi, niedoszłemu posłowi PiS Krzysztofowi Skórze, nie ma czego zazdrościć. Trafia on w prawdziwy trójkąt bermudzki. Światowy rynek miedzi jest już po cenowej górce i należy spodziewać się korekty. Tymczasem w spółce apetyty rozbudzone są niebywale. Silne związki zawodowe, lokalne, trudno naruszalne, by nie powiedzieć nienaruszalne, układy powiązań, zastałe struktury czynią ten organizm niesterowalnym. Trzeba by naprawdę silnej osobowości, z nieograniczonymi uprawnieniami i bezwzględną ochroną ze strony osób najważniejszych w kraju, by zmierzyć się z tym molochem, bez gwarancji sukcesu. I Herkules nie poradzi przeciw wielu (w tytule sentencja ta w oryginale).
Z przyczyn, o których wyżej, spółka nie znajduje się jednak w kręgu zainteresowania najważniejszych. No, może poza jej aktywami telekomunikacyjnymi. W tej sytuacji powołany w piątek zarząd będzie miał od początku poważne trudności, a spółka — nieco później.