W magicznym trójkącie knajp Kazimierza

Paweł Głowacki
opublikowano: 2001-12-17 00:00

W wierzchołkach trójkąta knajp na krakowskim Kazimierzu — Alchemii, Singerze i Warsztacie — od zawsze tak samo. Przychodzi się tu nie po to, by się pokazać. Przychodzi się tu po to, by się ukryć. By jakimś cudem nie być, by się cicho i szczęśliwie wsunąć w jakąś smoliście ciemną niszę, by pobyć oko w oko z ledwie dyszącym ogarkiem, z samym sobą stuknąć się kielonkiem pełnym złocistej Gorzkiej Żołądkowej. Tak jest od lat i od lat cud niebycia się udaje. Od lat każdy pragnie w magicznym trójkącie knajp Kazimierza zniknąć na dłuższą bądź krótszą chwilę, która i tak zawsze zmienia się w dłuższą, gdyż na Kazimierzu nie ma krótkich dystansów — i od lat te pragnienia są spełniane. Każdy, kto chce się tutaj rozpłynąć, niczym okręt w Trójkącie Bermudzkim — rozpływa się. Od lat tym, co już mają dość Rynku Głównego, gdzie elektryczność szaleje jak ogień w piecu martenowskim — na Kazimierzu dany jest spokój świeczki. Rzecz jasna, nie jest tak, że prąd jeszcze tutaj nie dotarł. Nie, prąd jest, ale jakby go nie było... Magiczny trójkąt knajp Kazimierza to księstwo cieni tańczących na nigdy nie odnawianych ścianach. I te cienie wszystko ze wszystkim mieszają. Nigdy nie wiadomo, kto jest tutaj kim — i czy w ogóle jest.

Alchemia — pierwszy wierzchołek trójkąta. Żeliwne drzwi jęczą jak zwykle. Wchodzę. U osmolonej dymem świec powały wisi wypchany krokodyl nilowy. W otwartej paszczy sterczą zęby wielkości pięćdziesięciogramowego kieliszka. Pod krokodylem — bar ze starego pieca chlebowego. I są już wszyscy. To znaczy — jak u Kochanowskiego — pełno nas, a jakoby nikogo nie było... Jest jak zwykle.

Kogóż ja tutaj nie spotkałem, albo zdawało mi się, że spotkałem! Legendarny teatrolog Józef Opalski gadał, albo i nie gadał z Andrzejem Sewerynem, który ongiś chciał w Alchemii odsapnąć od świetlistego Paryża, że już o świetlistej Warszawie nie wspomnę. Gdy wchodzi Jan Nowicki, nikt nie wie, czyje wytworne uzębienie mocniej błyszczy w ciemnościach — Nowickiego czy krokodyla? Można tu przejść przez szafę, niczym Alicja przez lustro, i wejść do wiejskiej kuchni, żeby się w wiejskim wyrku za piecem ździebełko zdrzemnąć. Czy widziałem kiedyś Krzysztofa Pieczyńskiego (z powodu znanego serialu zwanego tutaj Doktor Bruno), który odbywał tę podróż do źródeł?

Wątpliwe, a nawet pewne, że widziałem. Jak wątpliwe, a nawet pewne, że w Singerze, gdzie człowiek niknie przy stolikach uczynionych z wiekowych maszyn do szycia, widziałem, jak krakowscy poeci — Marcin Baran i Marcin Świetlicki — tkwili w samym centrum rytualnej dysputy kompletnie nie wiadomo o czym, zaś warszawski prozaik Krzysztof Varga stukał się z żeliwnym pancerzem maszyny do szycia, chwaląc Najwyższego, że wreszcie jest mu dane wypić z samym Dzwonem Zygmunta.

Wreszcie równie wątpliwe, czyli równie pewne, że osiem kroków od Singera, w Warsztacie, całym obwieszonym milczącymi instrumentami muzycznymi, Marcin Kuźmiński — szef, a przy okazji aktor — ongiś rozstrzygał z kolegami aktorami kwestię zasadniczą — czy mianowicie właśnie są przed premierą, w której występują, czy są już po premierze, czy też, nie daj Bóg, premiera właśnie teraz trwa... A skołatane ich nerwy koił grający na żywo nie byle jaki pianista jazzowy Tomasz Pala. I nie dziwota, że grał. Bo niby gdzie ma grać na żywo Pala, jeśli nie w knajpie, której bar złożony jest z dwóch fortepianów? Gdzie? W Alchemii, Singerze czy w Warsztacie profesor krakowskiej ASP Zbylut Grzywacz zwykł ze swym cieniem tańczyć taniec szamanów? Do której knajpy Andrzej Maj, reżyser widowisk telewizyjnych, przychodzi w pantoflach, ponieważ mieszka zbyt blisko, by wdziewać poważniejsze obuwie? I gdzie Jerzy Skarżyński, wielki scenograf Konrada Swinarskiego i Wojciecha Jerzego Hassa, znad opuszczonych na czubek nosa okularów regularnie kontempluje siwy dym świec?

Żeliwne wrota z jękiem zawarły się za mną. Przy cudownie byle jakich stołach, cudownie byle jak odziany tłum tonął w cudownie byle jakich mrokach. Wszyscy się stawili — nikogo nie było.

Nieobecny, blady jak wosk barman rozdawał kruche bożonarodzeniowe opłatki. Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! — szepnąłem do kogoś, ale nie pamiętam, do kogo.

I wątpliwe, czyli pewne, że z kimś zasiadłem do stolika. Szkło zadzwoniło jak sople na krawędziach rynien. Było ciepło. Cienie od świec tańczyły po wszystkim. Wątpliwe, czyli pewne, że za sprawą tego cienistego tańca, paszcza u powały zaczęła kłapać. Nie inaczej. Grudzień! Na zewnątrz było zimno jak w psiarni, a w Alchemii wypchany krokodyl nilowy śpiewał z nami kolędy. Bóg się rodzi, moc truchleje...

I niech już tak zostanie.