W służbie Jej Królewskiej Mości

Martin. Aston Martin zmienił się dokładnie tak samo jak Bond. James Bond. Inne metody pracy, inaczej leży na nim garnitur, ale to ten sam gość.

Co łączy wyścig górski Aston Hill, Jamesa Bonda, Davida Browna i Lionela Martina? Aston Martin. Pierwszej imprezie i ostatniemu nazwisku zawdzięcza nazwę. Przedostatniemu oznaczenie najbardziej rozpoznawalnej linii modeli (DB). A Jamesowi to, że są najbardziej rozpoznawalne. Historia Astona Martina sięga 1915 r. Historia linii modelowej DB — 1947 r., kiedy spółka Davida Browna przejęła to przedsiębiorstwo, co nowy właściciel postanowił zaznaczyć inicjałami na klapie modelu DB1.

Wyświetl galerię [1/7]

Paradoks.Aston Martin DB11 to jeden z tychsamochodów, którymi chce sięjechać. Nie dla osiągów czy wygody.Dlatego, że się chce. Kropka. Fot. ARC

Historia filmowej kariery Astona sięga z kolei 1964 r., kiedy w filmie „Goldfinger” srebrny DB5 pomagał Jamesowi Bondowi uporać się z pragnącym okraść Fort Knox złoczyńcą. Odtąd — choć w kolejnych filmach Bond próbował związków z różnymi autami — to z Astonem było mu najbardziej do twarzy. Bez znaczenia, czy była to twarz Seana Connery’ego, Timothy’ego Daltona czy Daniela Craiga. Aston Martin ze swoją przynależnością do elitarnego segmentu GT pasował do temperamentu i elegancji agenta jak żaden inny samochód.

Wizerunek „007” przylgnął do Astona jak ośmiornica do swojej ofiary. I tak jak każdy facet (na pewnym etapie życia) chciał jak Bond należeć do MI6, tak każdy producent chce być GT — jak Aston Martin. Dlaczego? Bo to elitarna grupa. Grupa, do której chcą równać. Grupa, która niczego nie musi udowadniać. Klasa, z którą każdy chciałby się kojarzyć. GT, czyli Gran Turismo.

Dziś GT jest skrótem bodajże najczęściej stosowanym w motoryzacji. Znaleźć go można na tak zupełnie różnych pojazdach jak Punto GT (serio!), napęczniałej serii 5 BMW czy majestatycznym supersamochodzie Forda. Tymczasem GT to tweedowa marynarka ze skórzanymi łatami, a nie po prostu marynarka.

Czym jest GT w moim rozumieniu? Jest podróżą, w której trasa jest co najmniej tak samo ważna jak cel. Ważniejsza nawet. Bo jeśli cel umknie, to i tak będziesz zadowolony. Odwrotnie nigdy. To nadkładanie drogi tylko po to, by pokonać najpiękniejsze przełęcze. To przygoda dla ludzi, którym wystarczy świadomość posiadania pod prawą stopą furty do stadniny kilkuset koni, a nie tych, którzy będą ją uchylać na każdych światłach. To znajomość kindersztuby. To wszystko, co zmieścisz w pojęciu: wielka podróż. Gran Turismo to radość z pokonywania każdego kilometra, swobody, bycia co chwila w innym miejscu. Podróż z klasą i stylem, przy czym bardziej chodzi o jakość prowa-

dzenia samochodu. Gran Turismo to przygody czekające za zakrętami, to wyzwania dla kierowców. W końcu Gran Turismo to także trudna sztuka planowania podróży i wyboru dróg. Inna definicja mówi, że GT to samochód sportowy, ale dla tych, którzy ścigają się nie w homologowanych kombinezonach, lecz w dobrze skrojonych garniturach. I nie z czasem. Z drogą. Auto Gran Turismo musi łączyć wygodę ze sportem. Musi, nie męcząc siebie ani kierowcy, połykać tysiące kilometrów, a po wjeździe na kręte odcinki dawać przyjemność z szybkiej, technicznej jazdy. Pogodzenie tych dwóch cech jest trudne.

Auta trasowe muszą być duże, wygodne, nie mogą przesadnie zasypywać kierowcy informacjami, jak i po czym jadą, bo na długiej trasie właśnie to męczy. Z kolei w jeździe technicznej muszą zachowywać się dokładnie odwrotnie — kurczyć się wokół kierowcy, stawać się ostre w reakcjach i bardzo komunikatywne. Skrajny przykład auta trasowego — Mercedes klasy S. Skrajny przykład auta sportowego — Mitsubishi Lancer Evo. Dość trudno wyobrazić sobie ich krzyżówkę. A jednak są samochody, które potrafią łączyć te sprzeczne charaktery. Prawdziwe Gran Turismo to zazwyczaj spore coupe z mocnym silnikiem. A najdoskonalszym przykładem jest właśnie Aston Martin.

Tylko dla twoich oczu

To wszystko, co jest powyżej, już wiedziałem. Ale teraz, stojąc przed DB11, czuję się jak przed premierą nowego Bonda z nowym aktorem. Czy ma w sobie ten klimat? Czy jest w nim miejsce na ego Jamesa Bonda i większe — moje? Czy różni się od poprzedników jak Bond w skórze Daniela Craiga od interpretacji tej postaci przez Rogera Moore'a? Tak, dokładnie tym samym. Tak jak po premierze „Casino Royale” (pierwszy Bond Daniela Craiga) byłem zawiedziony, że Bond pije piwo, a nie „wódkę z Martini wstrząśniętą, nie mieszaną”, tak DB11 zawiódł mnie tablicą rozdzielczą, którą tworzy wielki wyświetlacz. Bardziej mi to przypomina ultrasportowe konstrukcje niż wyważone GT. I tak samo jak w przypadku Bonda szybko to sobie wytłumaczyłem. O czym za chwilę.

Teraz powinienem poświęcić kilka akapitów na informacje techniczne. Napisać o tym, że ponad pięciolitrowy silnik V12 ma turbo (!) i że to pierwszy turbodoładowany silnik w Astonie. Że ma 608 KM. Że jest szybki (szybki = 3,3 s do 100 km/h i 322 km/h prędkości maksymalnej). Ale nie napiszę. Bo osiągi — choć ważne — nie tworzą GT. Tworzą je klimat i drobne smaczki. Czyli coś, co powoduje, że chcesz w tym aucie i z tym autem spędzić kilkanaście godzin i niespecjalnie obchodzi cię cel podróży.

Pojazd agenta Secret Service

Universal Exports lub Universal Export to fikcyjna firma importowo-eksportowa, służąca jako przykrywka brytyjskiej Secret Service, której niezastąpionym agentem jest Bond. Mimo ogromnych różnic od poprzednika (DB9) DB11 też w pełni zasługuje na miano służbowego pojazdu pracownika tej firmy. Ma licencję na wyprzedzanie, ma klasę i niczego nie stracił z bondowskiego ducha. Duch się zmienił — to fakt.

Ale Aston za nim nadąża. Tak jak nowy Bond nadąża za oczekiwaniami widzów. I jeszcze jedno. Każdy supersamochód, jaki wpadnie mi w ręce, poddaję testowi. Wystawiam go w RLB*. Aston Martin dosłownie zmiótł konkurencję. Zdjęcia robili mu już nie tylko zainteresowani sprawą carspotterzy, lecz dosłownie wszyscy. Jeden z przechodniów podszedł do mnie. Prowadził za rękę około 10-letnie dziecko. — Przepraszam pana, mogę zająć chwilkę? Syn chciał o coś zapytać. — Słucham. Czerwieniejący w oczach chłopiec mocniej schwycił dłoń ojca. Dodało mu to odwagi i zapytał: — Czy to jest samochód Bonda?

— Najprawdziwszy. Podejdź, coś ci pokażę. Kucnęliśmy przy monstrualnym 20-calowym kole. Wskazałem na oponę. Poprosiłem, żeby przeczytał. — Bridge... snone. Potenza — spojrzał na mnie ze zdziwieniem. — Czytaj dalej. — Zero zero siedem! Przez chwilę w jego oczach byłem Bondem. W służbie Jej Królewskiej Mości.

*RLB — Ranking Lansu Bołtryka. Badanie prowadzone przez dziennikarza „Pulsu Biznesu” Marcina Bołtryka, by sklasyfikować samochody pod względem siły oddziaływania na otoczenie. Polega na potrójnym okrążeniu warszawskiego placu Trzech Krzyży (rano, o 16 i wieczorem) i liczeniu zdjęć wykonanych przez przesiadujących tam tzw. carspotterów. &

© Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / W służbie Jej Królewskiej Mości