Resort zdrowia miał znaleźć inwestora dla fabryki przetwarzania. Ale nie szuka
Aż 60 mln zł warte jest osocze pochodzące od polskich krwiodawców, które może się zmarnować.
Jutro miną trzy miesiące od dnia, kiedy rząd przyjął program budowy w Polsce fabryki przetwarzania osocza: składnika krwi, z którego wyrabiane są leki. Co przez ten czas udało się zrobić odpowiedzialnej za projekt minister zdrowia Ewie Kopacz? 24 sierpnia powołała specjalny zespół, który miał przeprowadzić konkurs na inwestora dla fabryki. I co? I nic. Do dziś zespół nie zebrał się ani razu.
— Pierwsze posiedzenie planowane jest w najbliższym czasie — zapewnia Piotr Olechno, rzecznik Ministerstwa Zdrowia (MZ).
Co oznacza "najbliższy czas", nie wiadomo. Pewne jest, że żaden termin spotkania zespołu nie został wyznaczony.
— Byliśmy przekonani, że po kierunkowej decyzji rządu dalsze działania zostaną podjęte bez zbędnej zwłoki. I nie chodzi przecież o zawarcie umowy właśnie z nami, ale o rozpisanie obiecanego konkursu. Ten bezwład decyzyjny resortu zdrowia sprawia, że cierpliwość władz firmy jest na ukończeniu — mówi Artur Nowicki, doradca ds. inwestycji w Octapharmie.
150 mln EUR na stole
Szwajcarska spółka jest najbardziej zainteresowana budową fabryki. Jako jedyny ze światowych potentatów tego rynku obsługiwana jest przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Obiecuje wydanie na fabrykę aż 150 mln EUR (600 mln zł) i stworzenie 500-600 miejsc pracy.
Rozgoryczeniu jej władz trudno się dziwić. Pierwszy list intencyjny w resorcie zdrowia Octapharma złożyła prawie cztery lata temu, jeszcze za rządów PiS. Wtedy zainteresowanie wyrażało też czterech innych oferentów, m.in. konsorcja Biotonu z włoskim Kedrionem oraz Biomedu Warszawa i Polskiego Holdingu Farmaceutycznego z francuskim LFB.
Wybory pokrzyżowały plany rozpisania konkursu w 2007 r. Wyznaczone przez PO władze resortu zdrowia obiecywały przyspieszenie, bo budowa fabryki pozwoliłaby na wypełnienie zaleceń Rady Europy i Światowej Organizacji Zdrowia, postulujących samowystarczalność krajów w zaopatrzeniu w leki produkowane z osocza (zwycięzca przetargu miałby wieloletnią gwarancję na zakup rodzimych nadwyżek osocza, w zamian za co Polska miałaby pierwszeństwo zakupu leków z niego pochodzących, a wykorzystywanych przy leczeniu m.in. hemofilii). To były czcze obietnice.
Ewa Kopacz i podlegli jej urzędnicy potrzebowali ponad 2,5 roku na przygotowanie samych założeń do konkursu. Takie tempo prac to w części zapewne efekt złych doświadczeń z nieudanym projektem Laboratorium Frakcjonowania Osocza z końca lat 90., który skończył się aferą i kosztował państwo 61 mln zł.
Duży koszt opóźnień
Rezultat opóźnień może być opłakany. Od prawie roku światowy rynek osocza, wart 12 mld USD, tkwi w kryzysie. Firmy borykają się z gigantycznymi nadwyżkami osocza i spadkiem sprzedaży pochodzących z niego leków. To dlatego dziś zainteresowanie inwestycją w Polsce jest znacznie mniejsze niż w 2007 r. Rezygnację rozważa nawet Octapharma.
— Polska to duży kraj w środku Europy ze stabilną gospodarką i dobrym systemem poboru krwi. Nie możemy jednak czekać w nieskończoność, szczególnie w sytuacji, gdy mamy do wyboru inne kierunki rozwoju — mówi Artur Nowicki.
Właśnie kryzys na rynku osocza jest główną przyczyną kłopotów regionalnych centrów krwiodawstwa (RCK), które w piątek opisała "Gazeta Wyborcza". W magazynach RCK zalega 200 tys. litrów osocza pochodzącego od polskich krwiodawców, wartego około 60 mln zł. Jeszcze w 2009 r. było ono sprzedawane po 100 EUR za litr i takiej samej ceny resort zdrowia żąda w tym roku. Chętnych jednak brak, bo cena światowa wynosi około 70 EUR za litr.