W staropolskiej oprawie

aktualizacja: 26-10-2017, 23:39

Wiele lat temu Monika Pawełek marzyła o prowadzeniu własnej restauracji… w szkockim zamku. Dziś rozkręca biznes w niewielkim dworku na wsi pod Warszawą.

Pomysł lubi uderzać przypadkiem. Jak jesienny kasztan. I często nie chce dać spokoju, nawet jeśli chodzi o dość ryzykowne i niełatwe przedsięwzięcie. W ten właśnie sposób zaczęła się historia odbudowy dworu w niewielkiej podwarszawskiej wsi — Strzyżewie nieopodal Żelazowej Woli. Przypadkowo odkryli go Dorota i Arkadiusz Grzegorczykowie, właściciele niewielkiego wydawnictwa i galerii obrazów. Podczas podróży do Sochaczewa zobaczyli sterczące wśród zaniedbanego parku ruiny. Widok na tyle ich zaintrygował, że postanowilisprawdzić, co skrywają skrawki murów. Okazało się, że to pozostałości barokowo-klasycystycznego osiemnastowiecznego dworu, szykowanego przez gminę Kampinos na sprzedaż. Tylko czy inwestowanie w taką ruinę ma sens? Grzegorczykowie mieli nie lada zgryz, ale myśl o tym zabytku nie dawała im spokoju. W końcu 11 lat temu kupili go wraz z 5,5-hektarowym parkiem. I wtedy zaczęła się ich największa przygoda i nie lada wyzwanie, zwłaszcza że żaden członek rodziny nie miał wcześniej nic wspólnego z rewitalizacją zabytków.

Inspiracje.
Wyświetl galerię [1/4]

Inspiracje.

Monika Pawełek, która sprawuje piecze nad posiadłością,stawia na powrót do tradycji. Kiedyś życie kulturalne we dworach łączyło się z kulinarnym.Dlatego w Strzyżewie organizowane są m.in.uroczyste obiady zakończone kameralnymi koncertami. Marek Wiśniewski

— Moja mama jest nauczycielką, tata z wykształcenia leśnikiem, a ja skończyłam marketing i zarządzanie — wyjaśnia Monika Pawełek, córka Grzegorczyków, która dziś sprawuje pieczę nad strzyżewską posiadłością.

Z gruzów Peerelu

Same przygotowania do odbudowy pochłonęły aż cztery lata. Przede wszystkim nie wiadomo było, jak naprawdę budynek wyglądał. Pierwszy dwór, o którym kroniki wspominają już w XVI w., został doszczętnie zniszczony. Odbudowano go w stylu barokowo-klasycystycznym w drugiej połowie XVIII w. Przetrwał wiele: i powstania, i obie wojny światowe. Udzielał schronienia uciekinierom ze stolicy po Powstaniu Warszawskim. Ząb czasu brutalnie nadgryzł go w dobie Peerelu, gdy dekretem o reformie rolnej wywłaszczono właścicieli i przestano dbać o posiadłość. Cegły rozkradali okoliczni mieszkańcy do budowy stajni i obór, a drewniane elementy na opał. Urządzono tu też mieszkania dla ludzi z pobliskich czworaków. Stan budynku coraz bardziej się pogarszał. Nie uratował go nawet wpis do rejestru zabytków w latach 60. ubiegłego wieku. W końcu przestał się nadawać do zamieszkania i został zdegradowany na… magazyn buraka cukrowego. W latach 90. z oryginalnej nieruchomości pozostało wspomnienie w postaci kawałka komina i kilku ceglanych ścian. Rekonstrukcja zapowiadała się więc jako trudne i żmudne zadanie. Choć w Strzyżewie, Żelazowej Woli i Szczytnie ten sam architekt zaprojektował trzy identyczne dwory, żaden nie przetrwał do naszych czasów: w Żelazowej Woli została jedynie oficyna, a w Szczytnie jeszcze gorzej: zupełna ruina.

— Informacji o wyglądzie strzyżewskiego dworu mogliśmy jednak szukać również w publikacjach dotyczących dworów w Żelazowej Woli i w Szczytnie, co było w pewnym stopniu pomocne. Sporo informacji pochodzi też z publikacji Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina w Warszawie — dużo miejsca poświęcono tam właśnie wyglądowi dworów na Mazowszu. Szczęśliwie w końcu udało się nam dotrzeć do zdjęć dworku w Strzyżewie z okresu międzywojennego. Kilka fajnych fotografii pochodzi też z prywatnych kolekcji byłego mieszkańca dworu i jego rodziny. Na ich podstawie i opisów budowy dworów na Mazowszu w XVIII wieku udało się nam ustalić wiele szczegółów, oczywiście przy dużym udziale konserwatora — opowiada Monika Pawełek.

Podróż sentymentalna

Choć stworzenie projektu budowy dawało zielone światło, ruszyć z inwestycją wciąż nie było łatwo. Zdobycie odpowiednich materiałów, by odtworzyć obiekt, wymagało dużej pomysłowości i czasu. Rodzina, by zdobyć budulec, odwiedzała np. okoliczne wsie, skupując z rozbiórek cegły pochodzące nierzadko sprzed kilku wieków. Monika Pawełek przyznaje, że na początku była przerażona.

— Dwór zaczął mi się podobać dopiero po rekonstrukcji głównych ścian. To wreszcie dawało wyobrażenie, czy rewitalizacja się powiedzie i jak budynek będzie wyglądał — wspomina. Odbudowa zajęła już tylko dwa lata. A gdy dwór był gotowy, Grzegorczykowie uznali, że ich dzieło dobiegło końca i dalsze losy posiadłości powierzyli córce.

— Gdy byłam mała, marzyłam, żeby prowadzić restaurację w jakimś pięknym szkockim zamku. Marzenie częściowo się spełniło — na mojej głowie jest cały dwór w Strzyżewie, a rodziców pochłaniają ich własne sprawy — dalej prowadzą galerię obrazów i wydawnictwo. Ale lubią wpadać tu od czasu do czasu i pielęgnować ogródek — żartuje Monika Pawełek.

Strzyżewska posiadłość pracuje pełną parą jako ośrodek rekreacyjno-konferencyjny. W klimatycznych piwnicach, kameralnej Sali Bankietowej i Wielkiej Sali Balowej odbywają się przyjęcia i imprezy okolicznościowe, a także spotkania biznesowe, integracyjne, seminaria, szkolenia i konferencje. Wnętrza zapraszają w staropolskie czasy. Bywa, że goście zauroczeni aurą budynku przynoszą tu stare, unikatowe przedmioty. Na przykład wielki zabytkowy zegar, który dziś zdobi jedną z sal, został przytaszczony na urodzinowe przyjęcie. I wciąż odmierza czas! W podobny sposób trafiły tu stare patefony i pamiątkowy obraz.

— Kiedyś gościła u nas pani, której się przypomniało, że widziała nasz dworek na jakiejś akwareli. Po powrocie do domu zaczęła szukać tego obrazka. Okazało się, że namalowała go przed laty jej krewna, gdy przebywała w tych okolicach. Obrazek dostaliśmy w prezencie — opowiada Monika Pawełek.

Właściciele urządzili w dworku również kameralny hotel z pokojami w XVIII-wiecznym stylu. Dokupili sąsiedni sad owocowy, dzięki czemu mogą przygotowywać potrawy z własnych przetworów. A wiosną sad przeistacza się w niezwykły plener do sesji zdjęciowych dla nowożeńców. Od czasu do czasu do dworu zaglądają także osoby związane z nim emocjonalnie. Podczas sentymentalnych podróży szukają swoich korzeni krewni dawnych właścicieli lub osób, które tu były na służbie albo mieszkały za Peerelu.

Bez sztywnych reguł

Podczas prowadzonych w okolicy prac znaleziono starą książkę kucharską w skórzanej oprawie tak zniszczonej, że nie wiadomo, kiedy została wydana. Ale jest w niej opatrzona datą 1790 r. dedykacja od matki dla córki z okazji zamążpójścia.

— Zaczęliśmy próbować tych przepisów, choć początki nie były łatwe. Bo co to właściwie znaczy np. „weź garść, a niemałą”? Z czasem jednak rozszyfrowaliśmy wszystkie te staropolskie pojęcia i dziś książka daje nam dużo inspiracji. Są tu świetne pomysły, np. „jak oszukać gościa, nie mając mięsa i coś podać”. Czyli przepisy dla wegetarian, choć wtedy nikt nie znał takiego określenia — opowiada Monika Pawełek.

Zresztą cała kuchnia strzyżewskiego dworu jest na bakier z przepisami.

— Po prostu sami je tworzymy. Wymyślamy, zmieniamy proporcje, szukając idealnych polskich smaków. Ba, nasze przepisy nawet się nie powtarzają, zawsze gotujemy coś nowego — zapewnia Monika Pawełek.

Najbardziej lubi przygotowywać kameralne przyjęcia dla osób, które mają ochotę na kuchenne eksperymenty ze staropolską nutą. Wtedy w ruch idzie stara książka kucharska albo ekipa dworu wymyśla przepisy, wykorzystując dostępne od ręki produkty sezonowe.

— Organizujemy też imprezy tematyczne, np. spotkania z kuchnią XVIII wieku, w której nie ma surówek, tylko pieczone warzywa, a mięsa są duszone lub powoli pieczone. Do tego podajemy m.in. żebra z metra cięte, poliki w sosie nalewkowym, zupę chlebową z jajkiem sadzonym, kule chlebowe, polentę czy kaczki pieczone przez cały dzień na młodej kapuście w rzymskich garnkach — wylicza Monika Pawełek.

Z biesiadną tradycją

Właściciele dworu w Strzyżewie nie tylko wracają do dawnych przepisów. Lubią też przypominać o dawnych zwyczajach biesiadowania. Listopadowa „Gęsina” na Świętego Marcina przyciąga coraz więcej gości.

— Chcemy wrócić do tradycji, a we dworach życie kulturalne łączyło się z kulinarnym. Na Świętego Marcina podajemy obiad z gęsi, a potem można posłuchać kameralnego koncertu. Niektóre rodziny pojawiają się na tym wydarzeniu regularnie od kilku lat — opowiada Monika Pawełek. Co roku we wrześniu odbywa się zaś Mazowiecki Konkurs Nalewek. Choć teraz już ściąga domowych producentów z całej Polski, a nawet Polaków zza granicy. We dworku można również pobiesiadować w Mikołajki — na stół adwentowy trafiają potrawy z przepisów ze znalezionej książki. Na przykład zupa brzadowa (tradycyjne kaszubskie danie z suszonych owoców) z suszonymi grzybami gotowana na czerwonym winie. Natomiast bale, jak zapewnia Monika Pawełek, są okazją do połączenia kulinariów i tradycji zabaw do białego rana. W strzyżewskim dworze odbywają się także zloty starych samochodów, wystawy i oryginalne koncerty, np. muzyki Chopina w wersji jazzowej. A dla dzieci organizowane są jedno-, dwudniowe warsztaty, których rytm wyznaczają pory roku.

— Teraz mamy jesień, czyli czas robienia figurek z kasztanów i żołędzi lub lampionów z dyni albo buraka. Niby to proste, ale większośćnaszych dzieci dziś już tego nie potrafi. Uczymy też robić ciasto, gotujemy wspólnie zupę albo robimy przetwory. Pokazujemy również, jak fajnie można wykorzystać przeterminowane artykuły spożywcze, np. robimy naszyjniki i dzbanuszki ze starego makaronu. Przypominamy dzieciom stare zabawy, np. gonitwę za liskiem czy wyścigi z jajkiem. Niektóre są zdziwione, że do zabawy dostają do rąk prawdziwe jajko — mówi Monika Pawełek. Nie żałuje, że nie spełniło się marzenie o zamku na szkockich klifach. Klimatyczne budowle z tradycjami są na wyciągnięcie ręki. Wystarczy uważnie się rozejrzeć. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / W staropolskiej oprawie