Wall Street nie boi się recesji

Andrzej Stec
opublikowano: 22-04-2008, 00:00

Od marca amerykański indeks S&P500 wzrósł 9 proc. Odrobił istotną część strat powstałych na skutek zawirowań na rynku kredytowym. Inwestorzy za oceanem przestali w końcu reagować paniczną wyprzedażą akcji na każdą złą informację, dobrą zaś nagradzają większymi zakupami.

Skąd taki optymizm? Według dyżurnych pesymistów, którzy co kilka dni przypominali Amerykanom (i nie tylko) o recesji i największym od 50 lat kryzysie, gorzej już być nie mogło. Dodatkowo, na zalękniony rynek dotarły pozytywne wieści — a przynajmniej lepsze, niż się spodziewano. Firmy publikują wyniki finansowe z I kwartału. Okazuje się, że niektórym recesja wyszła na dobre (sic!). Ostatnio wzrósł też wskaźnik koniunktury. W ważnym regionie Nowego Jorku niespodziewanie osiągnął poziom, który oddziela wzrost gospodarczy od recesji. Czas na kolejne regiony oraz rezultaty sześciokrotnego obniżania przez Fed stóp procentowych (od września 2007 r.) i rządowego planu ratunkowego.

Giełdowym inwestorom wróciła odwaga. Niestety, wszędzie, ale nie w Warszawie. Na tle USA czy innych rynków zachodnich krajowe indeksy wyglądają rachitycznie. Od styczniowego dołka WIG wzrósł zaledwie 6,6 proc. To niewiele, zważywszy że od października krajowi inwestorzy stracili jedną trzecią portfela.

GPW nie jest bezludną wyspą. Jak spada w USA, to za chwilę w Europie Zachodniej, Azji i w Warszawie — tłumaczono dramatyczne spadki na przełomie roku. Ta zależność wciąż powinna być aktualna. Zdaje się, że na naszym podwórku brakuje jednak pierwszego odważnego, który zacząłby większe zakupy. Raczej nie będą to krajowe fundusze inwetsycyjne (TFI), ani ich klienci, którzy liżą rany po ostatnich spadkach. Odważnych trzeba wyglądać wśród inwestorów zagranicznych. Oni w każdej chwili mogą przypomnieć sobie o emerging markets. Szczególnie o szybko rozwijających się rynkach, którym nie grozi eksplozja inflacji, wysoki deficyt budżetowy czy ewentualnie taniejące surowce. I nie zmieni tego mizerna, świąteczna produkcja przemysłowa w Polsce, gdyż za chwilę zastąpią ją znacznie lepsze dane o marcowej konsumpcji.

Kiedy zagranica ruszy na łowy, pierwszą zdobyczą będą blue chipy. Choć trzeba przyznać, że o kolejnych historycznych rekordach WIG20 — w przeciwieństwie do Dow Jonesa — trzeba raczej zapomnieć. Brakuje lokomotyw, które dźwignęłyby indeksy o połowę. Gorzej ze spółkami mniejszej wielkości, których akcje jeszcze rok temu kupowano w ciemno (głównie powstające szybko fundusze typu MiŚ). W tym segmencie inwestorów zagranicznych nie ma ze względu na ryzyko płynności. Jeśli nastroje na świecie rzeczywiście się poprawią na dłużej, to po blue chipach wcześniej czy później optymizm przeleje się na mniejsze firmy (zapewne nie na wszystkie w jednakowej skali). Tym ostatnim łatwiej przecież pomnażać wartość w czasach dobrej prosperity, z jaką mamy do czynienia w Polsce.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / Wall Street nie boi się recesji