— It’s just a bit of paper — tak o zniszczonym paszporcie mówił brytyjski celnik w kultowym filmie „Miś”. Podobnym bon motem można by skwitować stare walory spółek akcyjnych, dziś będące jedynie świadectwem historii Polski. Ot, kawałki papieru? Nie dla Leszka Koziorowskiego, cenionego warszawskiego prawnika, wspólnika w kancelarii Gessel Koziorowski. Dla niego to pasja pochłaniająca większość wolnego czasu i nowy nurt w nauce o historii gospodarczej, który wspiera.

— Stare akcje? W ramkach w biurze? — dziwi się Leszek Koziorowski, gdy pytam go, jakie papierowe okazy zawiesza na ścianach gabinetu.
Nie wiesza żadnych. Bo przecież nie od tego są walory. Fakt, bywają piękne, ale nie zostały stworzone, by błyszczeć na wystawach. — Przecież gra się toczyła o pieniądze. Akcji nie drukowano, by blakły na ścianach, lecz by gwarantowały wpływy i majątek. Zdeponowane w sejfie — tłumaczy prawnik.
Ale z tym pokazywaniem jest nie do końca tak — ułamek zbiorów Leszka Koziorowskiego można obejrzeć na wystawie w budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Wisi tam trochę ponad sto papierów prawnika. Reszta leży bezpiecznie w szafach, a białe kruki zdeponowano w bezpiecznym miejscu. Brzmi poważnie, bo i od strony finansowej zbieranie tego typu dokumentów to zabawa raczej dla zamożnych — nie brakuje walorów, które zmieniają właścicieli za kwoty liczone w tysiącach złotych.
Piękności z sejfów
Po ostatniej transakcji, w wyniku której w ręce Leszka Koziorowskiego trafiło ponad 200 unikatowych dla jego kolekcji papierów, zbiór dobił do 2,3 tys. sztuk samych akcji. Sporo, ale do dna studni wciąż daleko — ostrożne szacunki warszawskiego prawnika mówią o 30 tys. różnych rodzajów akcji wyemitowanych przez 2,7 tys. przedwojennych spółek akcyjnych. Tak czy siak, zbiory wspólnika w kancelarii Gessel Koziorowski zaliczają się do największych — a może są największe — w kraju. I wciąż puchną.
— Co roku na rynek wypływa 30-50 nieznanych wcześniej walorów. A to dziadek na strychu schował, a to ktoś skądś przyniósł paczkę „papierów” — opisuje Leszek Koziorowski i pokazuje ostatnio kupione dwie akcje w idealnym stanie. W polowaniu na nowości jest jednym z głównych łowczych. — Jeść nie woła, niech leży i cieszy oko — kwituje, chowając akcje do teczki.
Wiatr w kapitale
Niegdyś, gdy kończył studia, akcje były na ostrej rynkowej diecie. Leżały poukrywane w antykwariatach, o ich zbieraniu się nie mówiło. Kolekcjonerów było góra kilku, za grosze można było kupić nie lada okazy.
— Wtedy zaczęła się moja przygoda z akcjami. Po prostu zastanawiałem się, co się stało z tymi materialnymi śladami kapitału krążącego wśród pokoleń Polaków. Zachłysnąłemsię mnóstwem wykopanych papierów, a jednocześnie sporo okazji przegapiłem, wybrzydzając na zbyt wygórowane ceny, dziś wydające się niewiarygodnie niskie — wspomina Leszek Koziorowski. Oczy otworzyło mu też m.in. spotkanie z Ryszardem Kowalczukiem, emerytowanym wojskowym, kolekcjonerem od lat 70., który na własne potrzeby zewidencjonował sporo zbiorów. U niego można było dotykać i wąchać wszystkie akcyjne rarytasy, o których opowiadano legendy.
Akcje, zdobione przez wybitnych grafików, zamieniane w dzieła sztuki użytkowej, podbijały serca wysmakowanym wzornictwem, a jednocześnie przywoływały wiatr historii. Ten wzmagał się, gdy udawało się rozszyfrować na papierach podpisy wybitnych osobistości, np. z czasów II RP, lub znaleźć spółkę istniejącą do dziś.
Mieć, czy być?
— Po jakimś czasie samo „mienie dla mienia” zwyczajnie mnie znudziło, zacząłem eksplorować drugie dno tej pasji. To historyczne — zastrzega Leszek Koziorowski, były pracownik… Komisji Papierów Wartościowych (tak pierwotnie nazywała się Komisja Nadzoru Finansowego). Wiele czasu, głównie po nocach i na urlopach, poświęcił książce „Akcje notowane na warszawskiej giełdzie do 1939 roku”, którą wydał w 2011 r. Obecnie redaguje „Rocznik Historii Papierów Wartościowych”, opracowanie dotyczące ich historii, i szefuje Stowarzyszeniu Kolekcjonerów Historycznych Papierów Wartościowych powstałemu m.in. z jego inicjatywy. Ale przede wszystkim dalej pochłania wiedzę, rozbudowując swoją imponującą bibliotekę o kolejne pozycje związane z polskim rynkiem dużego i małego kapitału od XVIII po XX wiek.
— Kolekcjonowanie papierów wartościowych to nie wiedza zawarta w kilku książkach. To systematyczna wieloletnia praca i przeszukiwanie setek źródeł. Gdy jestem gdzieś w Polsce, zawsze chętnie znajdę chwilę na wertowanie miejscowych archiwów — mówi współwłaściciel kancelarii Gessel Koziorowski.
Detektyw od Mehoffera
Wiecie państwo, że Galicja była niegdyś światową potęgą w wydobyciu ropy? A słyszeliście o strategiach marketingowych lwowskich browarów lub o polskich spółkach, które zamiast wytwarzać dorożki podjęły produkcję karoserii samochodowych? Jeśli nie, to poczytajcie zapowiadany przez Leszka Koziorowskiego kolejny numer „Rocznika”.
— Historie większości przedwojennych spółek to białe plamy. Dlatego praca nad ich odtworzeniem jest jak detektywistyczna robota, zbieranie wielu wątków rozsianych po archiwach w całej Polsce. Od historii w mikroskali dochodzi się do opowieści o istocie całej polskiej gospodarki — zaznacza Leszek Koziorowski, przekładając z biurka wydruki „Gazety Losowań Papierów Publicznych” sprzed wieku. I zaraz strofuje fotoreportera „PB Weekendu”, gdy ten, oglądając wydany niedawno album, podziwia akcję zaprojektowaną przez Józefa Mehoffera.
— Po co pan to ogląda w reprodukcji? Przecież oryginał jest w teczce! Niech pan dotknie, poczuje, obejrzy z każdej strony — zachęca. W końcu to nie byle „bit of paper”.
