Od początku kwietnia w większości miast i województw wojewodowie zmienili wskaźnik odtworzenia metra kwadratowego, który jest podstawą do wyliczania limitu cenowego mieszkań kwalifikujących się do programu Mieszkania dla Młodych (MdM). W większości dużych miast państwowa dopłata jest dzięki temu możliwa przy zakupie droższego niż w poprzednim kwartale mieszkania.
Nie w każdym mieście jednak podniesienie limitu spowodowało, że nabywcy mają więcej mieszkań do wyboru — wynika z szacunków firmy Reas. W I kw. na sześciu monitorowanych przez Reas rynkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Poznań, Wrocław i Łódź) deweloperzy sprzedali więcej mieszkań, niż wprowadzili do oferty, więc zasób mieszkań — również w MdM — zmalał.
Najwięcej skorzystały Warszawa, Wrocław i Poznań, w których udział mieszkań mieszczących się w limicie w całej ofercie deweloperów wzrósł o odpowiednio 9, 5 i 5 pkt proc.
— Podwyższenie limitu najbardziej wpłynęło na Warszawę, gdzie w liczbach bezwzględnych w MdM dostępnych jest ponad dwa razy więcej mieszkań, niżby to było przy starym limicie, we Wrocławiu to prawie dwa razy, a w Poznaniu więcej o dwie trzecie. Praktycznie nie ma zmian w Łodzi, Gdańsku i Gdyni — mówi Katarzyna Kuniewicz, szefowa działu badań Reas. Polski Związek Firm Deweloperskich (PZFD) uważa, że podniesienie limitów to krok w dobrym kierunku, ale nadal nie wystarczy, by rząd wydał w tym roku zarezerwowane na ten cel 600 mln zł, które miały wesprzeć zdolność kredytową Polaków.
— Nawet ze zwiększonymi limitami w tym roku rząd wyda maksymalnie połowę tej kwoty. Reszta przepadnie, bo nie ma mechanizmu przenoszenia tych pieniędzy na następne lata — mówi Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD.
Związek deweloperów policzył mieszkania kwalifikujące się do programu z marginesem na obniżanie cen mieszkań, by pasowały do limitu, a następnie przemnożyli tę liczbę przez średnią kwotę dofinansowania, jaka do tej pory była wypłacana przez BGK. Ponadto PZFD ma wątpliwości co do sposobu wyliczania samego współczynnika odtworzenia metra. Wojewodowie ogłaszają go, posiłkując się danymi zbieranymi przez delegaturę GUS.
— Metodologia przyjęta przez urząd statystyczny nie uwzględnia wielu czynników, np. podatku VAT czy kosztów ponoszonych przez deweloperów po uzyskaniu pozwolenia na budowę. Przez to ten współczynnik jest o ponad 20 proc. niższy — mówi Konrad Płochocki.