Warszawiak to ma klawe życie

Jacek Kowalczyk, RAV
opublikowano: 2009-08-20 00:00

Czech musi dłużej niż Polak pracować na Big Maca, Słowak na chleb, a Węgier na iPoda. Czyli stać nas na coraz więcej.

Mimo niskich zarobków nad Wisłą da się żyć na przyzwoitym poziomie

Czech musi dłużej niż Polak pracować na Big Maca, Słowak na chleb, a Węgier na iPoda. Czyli stać nas na coraz więcej.

Chociaż polska gospodarka w ostatnich latach rosła jak na drożdżach, nasi pracownicy nadal zarabiają niewiele. Wypadamy pod tym względem blado nie tylko na tle krajów zachodnich, ale nawet naszego regionu. Jak wynika z najnowszego przekrojowego badania jakości życia w największych miastach świata, opracowanego przez analityków UBS, przeciętny warszawianin w przeliczeniu na dolary zarabia na godzinę o kilkadziesiąt centów mniej, niż wykonujący u siebie tę samą pracę mieszkaniec czeskiej Pragi, Bratysławy, Rygi czy Tallina. Żeby dostać taką samą pensję jak londyńczyk, berlińczyk czy nowojorczyk, Polak musiałby pracować na dobę cztery-pięć razy dłużej.

Taniej niż w Chinach

— Zarobki pracowników wewnątrz Unii Europejskiej wyrównują się stosunkowo wolno. Przeciętna pensja pracownika w zachodniej części Europy nadal jest ponad trzykrotnie wyższa niż ze wschodu Unii — zaznaczają autorzy badania.

Na szczęście na tle całego świata wypadamy już znacznie lepiej. W największych miastach Indii, Indonezji czy Chin zarabia się połowę, a nawet jedną trzecią przeciętnej warszawskiej pensji. Obraz życia w Polsce poprawia też to, że koszty utrzymania nad Wisłą są niższe niż w wielu krajach z naszej części świata. Według UBS, drożej żyje się m.in. w Pradze, Bratysławie, Lublanie i stolicach krajów bałtyckich. Znacznie więcej dolarów na te same towary i usługi niż w Warszawie trzeba wydać nawet w Pekinie, Bangkoku, Stambule, Rio de Janeiro czy Szanghaju.

— W Polsce jest taniej niż w regionie głównie z powodu osłabienia złotego z przełomu lat 2008-09 r. Ale to niejedyne wytłumaczenie. Koszty utrzymania w danym miejscu są powiązane z lokalnym poziomem płac. Jeśli w Warszawie zarabia się mniej niż w Pradze czy Berlinie, to ceny muszą być niższe. Inaczej towary nie znajdowałyby nabywców. Ponadto koszty pracy są u nas niższe, co pozwala producentom na utrzymywanie niższych cen — tłumaczy Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Banku.

Tanie na tle regionu mamy żywność, sprzęt RTV i AGD, taksówki (ze stolic dziesiątki nowych krajów Unii z Europy Środkowej i Wschodniej tylko w Bukareszcie przejazd 3 km jest tańszy), komunikację miejską i samochody. W Warszawie drogie są natomiast: odzież (zdecydowanie najdroższe w regionie) i wynajem mieszkań.

Gadżet w tydzień

Relatywnie niskie koszty życia w Polsce są w stanie zrekompensować nam niższe zarobki. Według UBS, siła nabywcza przeciętnej pensji brutto warszawianina jest wyższa niż mieszkańca Bratysławy, Budapesztu, Rygi czy Wilna. Nadal bogatsi są jedynie pracownicy z Pragi i Tallina.

O tym, że mieszkańcy Warszawy mogą sobie pozwolić na relatywnie dużo, świadczą też wyniki badania cen konkretnych produktów. Według UBS, muszą pracować pół godziny na Big Maca, 13 min na kilogram chleba, 25 min na kilogram ryżu i 45,5 godz. na iPoda Nano. To całkiem niezłe (czyli krótkie) wyniki na tle regionu. W porównaniu jednak z Berlinem, Paryżem czy Londynem nadal wypadamy bardzo słabo. Nad Loarą iPoda możemy mieć po 15 godzinach pracy.

— Docelowo będziemy gonić zachodnią Europę. Paradoksalnie globalny kryzys może nam w tym pomóc. To skutek ostrego hamowania tamtejszych gospodarek, co przekłada się na znacznie większy spadek dynamiki wynagrodzeń niż u nas — mówi Monika Kurtek, ekonomistka Banku BPH.

Według Grzegorza Maliszewskiego, analityka Banku Millennium, wzrost płac w Polsce to proces nieuchronny.

— Luka w zarobkach w krajach Europy będzie się kurczyć. Zwiększeniem szans na dogonienie Zachodu będzie wejście Polski do strefy euro. Pozwoli to na pobudzenie gospodarki, aby szybciej się rozwijała, co pociągnie za sobą większy wzrost płac — mówi Grzegorz Maliszewski.

Jacek

Kowalczyk, RAV