Przyczyn tak wielkiego optymizmu trudno się doszukać. Oczywiście można stawiać tezy o zwiększonej aktywności inwestorów zagranicznych, albo rodzimych inwestorów instytucjonalnych. Ale to banał. Wiadomo przecież, że indywidualni gracze nie decydują się teraz na angażowanie setek milionów złotych na zakupy akcji.
Polska GPW
Dzień na warszawskim parkiecie rozpoczął się w myśl wytycznych płynących ze Stanów Zjednoczonych. Główne indeksy traciły na otwarciu po 1-1,4 proc. Po dosłownie kilkudziesięciu minutach, bez widocznych powodów i wbrew sytuacji na giełdach europejskich, wskaźniki zaczęły rosnąć, przechodząc na plus. Po mniej więcej półtorej godziny z -1,4 proc. zrobiło się +1,5 proc. A jak się okazało, był to dopiero początek prawdziwego rajdu. W jego szczytowej fazie indeks największych spółek zyskiwał grubo ponad 5 proc. Pozostałe wskaźniki niewiele mu ustępowały. Liderami wzrostów były papiery trzech banków: BRE, BZ WBK i przede wszystkim Pekao, które zyskiwały po 8-10 proc. Nieco w tyle zostawały akcje PKO, rosnące „tylko" o 7 proc., ale za to przy obrotach sięgających ponad 200 mln zł. WIG20 odczuwał też pomoc koncernów paliwowych, głównie PKN, zwyżkujących o ponad 5 proc.
Spośród mniejszych firm uwagę zwracały mocno rosnące walory niektórych firm
eweloperskich. Akcje Ganta rosły o 12 proc., LC Corp o ponad 20 proc.,
Mostostalu Export o 10 proc., a 12 proc. przeżywającego wciąż wielkie kłopoty
Orco. Wygląda to na czystą
spekulację, tym bardziej, że obroty papierami
tych firm nie powalają na kolana. Liderem dzisiejszej sesji był Swarzędz,
znajdujący się w likwidacji. Jego papiery rosły aż o 80 proc. Gratuluję
szczęśliwym nabywcom i życzę spokojnej nocy.
Na zamknięciu WIG20 zyskał prawie 5,3 proc., WIG 4,6 proc. indeks średnich
firm mWIG40 zwiększył swoją wartość o 2,55 proc., a sWIG80 o 3,35 proc. Obroty
na rynku akcji wyniosły nieco ponad 1,8 mld zł. Dzisiejszy wzrost indeksu
największych spółek był
(nie licząc ponad 6 proc. zwyżki 2 kwietnia)
największy od 24 listopada ubiegłego roku. Wówczas WIG20 odbił się od lokalnego
dołka i rozpoczął wzrostową falę, która swoje apogeum osiągnęła 6 stycznia 2009
r. na poziomie 1920 punktów. Ten właśnie poziom wydaje się być celem obecnej
fali wzrostów. W każdym razie dwuseryjna korekta tej wędrówki została dziś
zakończona (?) imponującym skokiem.
Giełdy zagraniczne
Wtorek był drugim dniem spadków na amerykańskiej giełdzie, a ich tempo
przybrało na sile. Dow Jones stracił 2,3 proc., a S&P zniżkował o 2,4 proc.
Najprawdopodobniej inwestorzy realizują zyski w obawie o wyniki spółek, których
raporty wkrótce poznamy. Jak zwykle sezon ich publikacji rozpoczął aluminiowy
gigant Alcoa. Rozpoczął nienajlepiej, raportując stratę w wysokości pół miliarda
dolarów i prawie 30 proc. spadek przychodów. Jest się więc czego bać.
Przestraszyli się też inwestorzy w Azji. Tamtejsze indeksy mocno traciły na
wartości. W Korei i Hong Kongu spadki sięgały 3 proc., Nikkei zniżkował o 2,7
proc. Ponad 3 proc. straciła giełda w Chinach. Bardzo dobrze trzymał się za to
wskaźnik w Indiach, rosnąc o 1,6 proc. Tamtejszy BSE30 pokonał szczyt z połowy
października ubiegłego roku.
Europejskie giełdy rozpoczęły notowania od
sporych minusów. Indeksy głównych parkietów traciły po niemal 2 proc. Wyjątkiem
był brytyjski FTSE, który zniżkował tylko o 1 proc. Około południa nastroje
nieco się poprawiły i indeksy odrobiły mniej więcej połowę strat,
ale do
przejścia na dodatnią stronę skali wciąż było im daleko. Pod koniec dnia zdołały
się jednak wydźwignąć ponad zero, ale więcej niż pół procent to dla nich dziś za
wysoka poprzeczka. Sentymentem cieszyły się wszystkie niemal parkiety naszego
regionu. Przodowały we wzrostach, sięgających 2-3 proc., za wyjątkiem Tallina i
Sofii.
Waluty
Przed południem amerykańska waluta odważnie zbliżała się do poziomu 1,31
dolara za euro, zapewne w reakcji na osłabienie rynków akcji. Około godziny
11.00 sytuacja jednak się odwróciła i wspólna waluta skutecznie oddaliła się od
niebezpiecznego poziomu. Do końca dnia euro trzymało fason na poziomie 1,32
dolara, czyli mniej więcej na remisie w stosunku do wtorku. Zgodnie z tymi
ruchami zachowywał się złoty, który dzień zaczął fatalnie, od 3,42 zł za
dolara, czyli aż o 6 groszy drożej, niż we wtorek. Około południa zdołał odrobić
połowę strat, powracając do poziomu poniżej 3,4 zł. Bardzo podobnie było w
przypadku euro, które również rankiem drożało o 6 groszy. W przypadku franka
straty były mniejsze. Notowania zaczęły się blisko poziomu 3 zł, do którego
zabrakło tylko 2 grosze, ale w
południe za „szwajcara" płacono już tylko
2,95 zł. Koniec dnia był dla złotego zdecydowanie lepszy. Tuż przed godziną
16.00 dolar kosztował już tylko 3,36 zł, czyli tyle samo, co we wtorek, euro
4,45 zł, też bez zmian, a frank staniał do 2,93 zł, o grosz w porównaniu do
wtorku.
Podsumowanie
Tak odważny rajd, jaki wykonały dziś warszawskie indeksy jednocześnie cieszy i niepokoi. Ponad 5 proc. zwyżka, trochę na przekór całemu światu, musi rodzić podejrzenia o to, co się za nią kryje. Jest oczywiste, że to nie Warszawa nadaje ton i wyprzedza wydarzenia na najważniejszych rynkach świata (choć obserwując nasz wcześniejszy start do wzrostów, zapoczątkowany już 19 lutego, który "świat podjął" dopiero 9 marca, można takie wrażenie odnieść). Trudno też uwierzyć, że zagraniczny kapitał dostrzegł wreszcie siłę naszej gospodarki, na tle globalnej mizerii i recesji. Można mieć obawy, że to atak kapitału nastawionego na krótkoterminowe zyski, które wkrótce będzie chciał zrealizować. Należy więc wykazywać wielką czujność w podejmowaniu decyzji. Otwieranie długich pozycji wydaje się teraz dość ryzykowne, choć nie ma jednocześnie podstaw do negowania trwałości wzrostowej tendencji na naszym rynku w co najmniej średnim terminie.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance