Warszawskie śmieci znów pod ostrzałem

Anna Pronińska
opublikowano: 2013-07-30 00:00

KIO ponownie zajmie się przetargiem na stołeczne odpady. Firma Byś skarży kryterium najniższej ceny.

Walka o warszawskie śmieci zaczyna się od początku. Byś, firma przetwarzająca odpady, złożyła wczoraj w Krajowej Izbie Odwoławczej skargę na zmianę warunków warszawskiego przetargu śmieciowego, a konkretnie na kryterium najniższej ceny. Przypomnijmy, że stolica nie zdążyła na czas wyłonić firm do odbioru odpadów, bo pierwszy przetarg został skutecznie zaskarżony. W efekcie KIO nakazała zmianęwarunków zamówienia, które pierwotnie preferowały zagospodarowanie odpadów przez składowanie. Zmieniając specyfikację przetargową, zamawiający miał dopuścić także inne metody zagospodarowania śmieci.

— W ten sposób KIO nakazała promowanie odzysku odpadów, bo taki też był cel ustawy śmieciowej. Jednak zamawiający w nowych warunkach przetargu jako kryterium oceny ofert przyjął najniższą cenę — mówi Wojciech Byśkiniewicz, właściciel firmy Byś.

— Firma skorzystała z przysługującego jej odwołania. Będziemy się z nim zapoznawać. Procedura odwoławczapotrwa kilka dni — mówi Agnieszka Kłąb, zastępczyni rzecznika stołecznego ratusza. Jej zdaniem, jeśli procedura się nie wydłuży, do 12 sierpnia miasto czeka na oferty firm w dziewięciu obszarach, na które podzielono Warszawę. Nowy system odbioru i zagospodarowania odpadów ma ruszyć w stolicy od lutego 2014 r. Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami, uważa, że skarga zamawiającego jest słuszna.

— Wiadomo, że zbiórka i recykling kosztują. Pójście na skróty, byle było jak najtaniej, jest niedopuszczalne. Miasto chce się pozbyć problemu. A to nie jest konkurs piękności i musząbyć wpisane ścisłe wymagania dotyczące instalacji — mówi Dariusz Matlak.

Jego zdaniem, większość miast obrała jednak kryterium cenowe jako najważniejsze.

— Kryterium najniższej ceny jest gangreną, która toczy także inne działy gospodarki, jak np. branżę budowlaną — mówi Dariusz Matlak. Właściciel Bysia uważa, że zlecenia na odpady zgarną firmy, które zagospodarują je najtaniej.

— Nie liczy się więc, kto i o ile zredukuje strumień odpadów. To pójście w bylejakość, bo wiadomo, że przetwarzanie kosztuje, a im więcej odzyskujemy, tym koszty są wyższe.

Ciężko więc będzie konkurować z firmami, które odpadów nie przetwarzają i nie mają z tego tytułu kosztów — mówi właściciel Bysia. Taki obrót sprawy najbardziej zaboli jego firmę, bo 2,5 roku temu otworzyła zakład mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów. Powstał kosztem 75 mln zł, m.in. dzięki dotacjom unijnym.

— Żałuję, że zainwestowaliśmy w zakład, bo obawiam się, że będziemy musieli go zamknąć. Gmina da zlecenia najtańszemu, a nie temu, który jest najbardziej efektywny. Także Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, właściciel spalarni, będzie mieć problem.

Sądzę, że warszawska spalarnia mogłaby zostać zamknięta, bo koszty zagospodarowania odpadów w ich przypadku są dużo wyższe, niż mają inne zakłady, i też mogą z tego powodu przegrać przetarg — mówi Wojciech Byśkiniewicz.

Przedsiębiorca jest też przekonany, że firmy, które zdobędą zlecenia, nie będą inwestować w nowe instalacje do przetwarzania odpadów, bo nie pozwoli im na to zbyt krótki czas realizacji zlecenia. W Warszawie firmy będą wybierane na trzy lata. Bez gwarancji, że po tym okresie znowu wygrają przetarg.