Warto śmiać się z siebie

Profesor Tadeusz Sławek uważa, że barbarzyństwo — okrutne postępowanie, brak refleksji i nieokrzesanie — nigdy nie było tak wielkim zagrożeniem dla człowieka, bo wcześniej nie miało obecnych możliwości technologicznych. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego podsuwa także sposoby na dobre życie: rozmowę, zaangażowanie i poczucie humoru.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Panie profesorze, jak to możliwe, że postęp, dorobek kulturalny, rozwój nowych technologii nie potrafią uratować nas przed barbarzyństwem?

Tadeusz Sławek Poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego.
Zobacz więcej

Tadeusz Sławek Poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego. FOT. LUCJUSZ CYKARSKI

PROF. TADEUSZ SŁAWEK*: Barbarzyństwo nas otacza i my je widzimy, choć często wkładamy wiele wysiłku w to, żeby tego nie dostrzegać. Istniało zawsze, bo przecież kiedy wynaleziono żelazo, to niekoniecznie musiało służyć do wyrabiania mieczy, mogło posłużyć do robienia lemieszy. Problem tkwi chyba w strukturze mentalnej i moralnej człowieka. Razem z rosnącymi mocami wiedzy i nauki oraz możliwościami technologicznymi, pozwalającymi przenieść problem w sferę praktyki, barbarzyństwo stało się jeszcze bardziej niebezpieczne. Skala oddziaływania sięga dziś miliardów ludzi. Zaniedbaliśmy refleksję na temat tego, czym jest człowiek i jakie ma ograniczenia. Egzystencjalna konstytucja człowieka podatna jest tyleż na dobro, co na zło. Problem barbarzyństwa jest dziś widoczny bardziej ze względu na eskalację techniki. Niepokojące jest to, że im bardziej masowe staje się zagrożenie, a zatem i skala cierpienia jest masowa, tym mniej zwracamy na to uwagę. Temat uchodźców, który dotyczy milionów ludzi, ustępuje jednostkowym przypadkom. Mamy tyle środków technicznych, a ciągle tak mało dobra.

Moralnie nie nadążamy za rozwojem technologii?

Dawno temu, bo w latach 60-tych poprzedniego wieku, czyli w czasach, które potrząsnęły moralnie światem — mówię o potrząśnięciu całą generacją ludzi — widziałem słynny rysunek, przedstawiający kulę ziemską, wokół której krążą satelity, rakiety i wysublimowane urządzenia techniczne, a po kuli ziemskiej kroczy sobie neandertalczyk z maczugą. Podpis był taki: „To jest relacja między strefą zewnętrzną i wewnętrzną człowieka.” Zajmujemy się wyłącznie sami sobą, ale nie w takim sensie, w jakim powinniśmy. Lekceważymy wszystkie zagrożenia, jakie zafundowaliśmy światu. Przecież poprzedni minister środowiska z upodobaniem cytował biblijny werset mówiący o tym, że mamy czynić sobie ziemię poddaną.

Nie rozumiał chyba przesłania.

Nic nie rozumiał z tych słów i całkowicie je sobie interesownie podporządkował. Nie zajmujemy się sobą jako elementem świata. Refleksja duchowa przywołuje nas do porządku, w tym sensie, że konfrontuje nas z tym co nieludzkie. Jakby mówi: „Człowieku, opanuj się, ponieważ są granice i musisz wiedzieć, jakie za tymi granicami czekają na ciebie konsekwencje”. W dużej mierze spłycenie doświadczenia religijnego jest odpowiedzialne za całą sytuację. Wszystko zostało sprowadzone do ślepego posłuszeństwa zasadom. A przecież każdy człowiek jest obdarzony samodzielnością i wolną wolą.

Powinien więc brać odpowiedzialność za siebie.

Chodzi o rozróżnienie między dwiema przestrzeniami, czyli niezwykle wysublimowaną sferą postępu techniki a ciągle nierozwiniętą i zaniedbaną sferą życia wewnętrznego.

Postawił pan profesor pewną diagnozę, pytanie co z przyszłością. Opanujemy to wszystko, czy czeka nas wielki reset?

Nie czuję się uprawniony do przepowiadaniaprzyszłości, ale widać, że świat na naszych oczach skręcił w niezwykle niebezpiecznym kierunku. Mamy kryzys poczucia wspólnotowości, solidarności, co dla nas, Polaków, jest podwójnie ważne. Mówimy, że jesteśmy społeczeństwem chrześcijańskim, a sądzę, że etyka chrześcijańska jest mocno oparta na pojęciu rozumnej i poruszającej solidarności. Wspólnoty są stymulowane przez decyzje polityczne czy ekonomiczne i są wspólnotami dużych słów, takich jak naród, silne państwo. Szanuję to, ale te słowa powinny wzbudzać istotne refleksje, bo w historii właśnie w imię tych pojęć robiono złe rzeczy. Każda wspólnota mierzona na wielką skalę paraliżuje odpowiedzialność jednostki. To daje krótkotrwałą satysfakcje, gdyż uwalnia od odpowiedzialności, ale jest niebezpieczne na dłuższą metę. Używanie wielkich pojęć ma nam zapewnić poczucie bezpieczeństwa, jednak jest to poczucie złudne.

Patrząc przez pryzmat dziejów, widzę pewien paradoks, bo jesteśmy chyba w najlepszym momencie historii. Nigdy wcześniej przeciętnemu człowiekowi nie było tak dobrze, jak teraz. Rozwój technologii, dorobek kultury — wszystko na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie zagrożenie jest największe i wszystko możemy bardzo szybko roztrwonić.

Czyli czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Trochę pan dotknął tego problemu na początku rozmowy, kiedy mówiliśmy o doraźności wszystkiego. Podporządkowujemy sobie fakty historyczne i wybieramy to, co nam pasuje. Weźmy takie obchody stulecia odzyskania niepodległości. Dla Polski był to nowy początek, wielkie wydarzenia, ale przecież dla reszty Europy wtedy wszystko się skończyło, przestał istnieć porządek, jaki znali. Nasza wolność i niepodległość została okupiona krwią milionów ludzi. Nie widzimy tamtej strony. To się łączy z pana pytaniem, bo właśnie I wojna światowa była takim momentem, w którym załamaniu uległo przekonanie, że jest dobrze. Okazuje się, że w każdej sytuacji, w której jest dobrze, kryje się zarzewie zła. Pytanie, czy jesteśmy w stanie je dostrzec w sytuacjach, które wydają się niewinne. Mamy w Polsce wielkie „grill party”. Ludzie sobie beztrosko grillują, słuchając disco polo, ale czy będą w stanie zobaczyć niebezpieczeństwo w bezrefleksyjności, braku krytycznego myślenia, uśpieniu społecznym, obojętności?

Przecież wszystko może się powtórzyć. Przełomowe momenty historii wyglądały niepozornie.

Żyjemy w przekonaniu, że apokalipsa to wielki teatr, spektakularna globalna zagłada, a tymczasem gdy się pojawia, to wszystko dzieje się powoli i niepozornie. Zasada ograniczonego zaufania do sytuacji, w której jesteśmy, jest ze społecznego punktu widzenia niezwykle ważna. Należę do pierwszego pokolenia, które za swojego życia nie zaznało wojny. Kiedy jadę z moją 10 lat starszą siostrą do Warszawy, to ona wszystko pamięta. Potrafię więc cenić pokój. Mam wątpliwości, czy dzisiejsi 18-latkowie potrafią ten czas docenić. Dobra polityka historyczna powinna dostrzegać w czasie prosperity zagrożenie upadku.

Do zagrożeń, które zawsze były, dochodzą narzędzia technologiczne, których poprzednie pokolenia nie miały. Czy kiedykolwiek był lepszy grunt dla apokalipsy?

Mam niejasny pogląd na ten temat, bo z jednej strony, wszystkie środki techniczne pogłębiają zagrożenie ze strony barbarzyństwa, ale z drugiej strony, przez długie lata mamy dziwną sytuację. Mianowicie im większe jest zagrożenie coraz silniejszymi środkami rażenia, tym bardziej narasta wahanie co do ich użycia. Do ludzi, którzy dysponują tym tajemniczym guzikiem dochodzi przekonanie, że w zasadzie, jeśli skorzystamy ze wszystkiego, co mamy, to pojęcie zwycięzca i przegrany przestaje mieć znaczenie. Zostaje pusta scena. To może być źródłem optymistycznego podejścia.

Pan profesor mówi o przycisku atomowym, a ja zmierzam do przycisku widocznego na smartfonie. Kto wie, który jest potężniejszy. Przecież to urządzenie wie o nas wszystko i może nad nami panować.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że współczesny problem z tym smartfonowym guzikiem wynika z przekonania, że człowiek musi układać według niego swoje życie. Niebezpieczeństwem jest to, że stajemy się hybrydami, bo przez te urządzenia jesteśmy podłączeni do całego systemu informacyjnego, o którym mamy pojęcie w gruncie rzeczy znikome. Nie wiemy do końca, kto obraca tymi danymi, co z nimi robi. Wracamy do pytania o kryzys wspólnoty.

Żyjemy w świecie skomplikowanym, pięknym i niebezpiecznym. Co powinien zrobić człowiek, żeby nie wpaść w pułapkę życia jak na grillu przy disco polo? Ma pan jakieś rady?

Nie jestem uprawniony do radzenia komukolwiek. Pewnie jest czas i na grilla, i na disco polo, jeśli ktoś tego potrzebuje. W tym nie ma nic złego. Problem pojawia się wtedy, kiedy człowiek sobie całe życie tak wymodeluje. Uważam, że musimy odkurzyć pewne pojęcia, takie jak choćby zaangażowanie. Smartfony bardzo indywidualizują świat, a trzeba się angażować, spotykać się, mądrze rozmawiać. Walor osobistej rozmowy, która zmusza do wysiłku, jest absolutnie podstawowy. Idea spotkania i rozmowy wymyka się skoszarowanemu językowi, który musi być pod kontrolą. Zawsze wierzyłem też w poczucie humoru. Umiejętność zaśmiania się z siebie jest bezcenna.

Poczucie humoru ma uzdrawiającą moc.

To życiodajna cecha. Proszę popatrzeć, że my dziś rechoczemy, wyśmiewamy się z innych, natomiast nie potrafimy się śmiać z siebie. Śmiejmy się z siebie samych. Naprawdę warto.

 

*Tadeusz Sławek - Poeta, tłumacz, eseista, literaturoznawca, profesor nauk humanistycznych. Były rektor Uniwersytetu Śląskiego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Warto śmiać się z siebie