Złoty był wczoraj najdroższy od lat, a zagranica wkrótce może przestać kupować nasze towary. Nieszczęścia chodzą parami.
Eksporterzy mają coraz większe powody do niepokoju. Niedobre wieści przyniósł im wczoraj rynek walut — złoty umocnił się do rekordowych poziomów. Za euro płacono nawet 3,3494 zł — najmniej od czerwca 2001 r. Dolar kosztował 2,1198 zł i był najtańszy od grudnia 1993 r. Jeszcze rok temu eksporterzy w badaniu NBP zapowiadali, że ich działalność stanie się nieopłacalna, kiedy cena euro spadnie poniżej 3,7 zł, a dolara — poniżej 2,9 zł.
— Nasza waluta jest coraz mocniejsza, ponieważ inwestorzy uważają ją za solidną. W dodatku w ostatnich dniach wzrosły nadzieje na podwyżki stóp procentowych. Mogą pójść w górę z obecnych 6 proc. nawet do 6,5 — twierdzi Marcin Kiepas, analityk X-Trade Brokers.
Scenariusze dla złotego
A zarobić za granicą będzie jeszcze trudniej.
— Złoty jeszcze długo będzie się umacniał. Większa korekta może nastąpić tylko wówczas, gdy dolar silnie się umocni. Ale dane zza oceanu nie pozwalają zakładać takiego scenariusza — mówi Marcin Kiepas.
Jego zdaniem, cena dolara jeszcze w tym tygodniu może spaść poniżej 2,1 zł.
— Na koniec roku zbliży się do 2 zł, choć przekroczenie tej psychologicznej bariery będzie trudne. Euro również będzie tanieć, ale nie z taką dynamiką, jak w ostatnich miesiącach. W grudniu będziemy płacić 3,24 zł — prognozuje analityk.
Najgorsze przed nami
Silny złoty to niejedyna zła wiadomość dla eksporterów. Druga jest taka, że nadchodzący kryzys u głównych odbiorców będzie głębszy, niż się spodziewano kilka miesięcy temu. Analitycy Instytutu Ekonomicznego NBP zakładają, że rozwój gospodarczy sektora zagranicznego na początku 2009 r. zwolni do niewiele ponad 1 proc. W lutym spodziewali się, że dynamika sięgnie dna pół roku wcześniej i nie będzie niższa niż 1,6 proc.
— Strefa euro i USA najgorsze ciągle mają przed sobą. Popyt na towary „made in Poland” będzie słabł, przez co eksport wyraźnie wyhamuje. Skończy się dwucyfrowa dynamika, do której przyzwyczailiśmy się w ostatnich latach — twierdzi Piotr Bujak, ekonomista BZ WBK.