Węgiel tak tanieje, że kopalnie aż jęczą

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2006-03-21 00:00

Wyniki ekonomiczne górnictwa węglowego są na początku roku gorsze od spodziewanych i bardzo różnią się na niekorzyść od zeszłorocznych. Przez pewien czas polskie górnictwo korzystało ze swoistej renty od światowej hossy na węgiel kamienny, jaka dość niespodziewanie pojawiła się na początku XXI stulecia. Teraz wygląda na to, że krajowa branża węglowa z wolna wraca w stare, wytarte koleiny. Znowu zaczyna się mówić o nadprodukcji, o zbyt wielkim zatrudnieniu, zwłaszcza w administracji i obsłudze górnictwa, o zbyt wolnych reformach, o nadmiernych przywilejach socjalnych, o niejasnych układach biznesowo-towarzyskich, jakie mają rządzić w tej dziedzinie gospodarki.

W powietrzu wisi zarzut zmarnowania 2-3 lat, w których górnictwu wiodło się dobrze. W istocie, przekształcenia w branży węglowej utknęły wówczas w martwym punkcie. Zwiększone wpływy, jakie pojawiły się dzięki wysokiemu popytowi i przejściowemu wzrostowi cen węgla na rynkach światowych, nie stworzyły kapitału, za który można by teraz reformować branżę. Winne jest samo górnictwo, które nie chce pogodzić się z utratą szczególnej pozy- cji w kraju — i to nawet teraz, gdy tej szczególnej pozycji tak naprawdę już nie ma, a zastępują ją pozory i wyprawy ogłupionych górników z kilofami na Warszawę.

Ale istnieje jeszcze druga strona tego medalu. Prawdą jest bowiem także, że kolejne rządy podchodziły do reformy górnictwa jak pies do jeża. Nie powstała też żadna spójna wizja polityki energetycznej państwa i to nie na rok-dwa, ale na 30-50 lat. Jak górnictwo ma się reformować, skoro nie wie, czy w ogóle będzie potrzebne, a jeśli tak — to w jakim rozmiarze?