Archeologa, który doktoryzował się z nisz służących kultowi egipskiej królowej Hatszepsut na górnym tarasie jej świątyni, świat polityki wessał dzięki… żonie.
Mikołaj Budzanowski, stopniowo awansując w Ministerstwie Skarbu Państwa, starał się jednak przestrzegać etosu służby cywilnej — urzędnika umiejącego bronić racji, odpornego na naciski, uczciwego i będącego tytanem pracy. Szukający na początku drugiej kadencji następcy ministra Aleksandra Grada premier Donald Tusk zdecydował się na dotychczasowego wice, doceniając jego wspomniane zalety. Przed nowym szefem resortu postawił zadanie przewietrzenia spółek skarbu państwa i obsadzania ich ludźmi o podobnych do niego cechach.
Archeolog szybko jednak nadział się na miny, głównie w energetyce, i stał się naturalnym kandydatem do odwołania, o czym premier powiedział bez ogródek przy okazji operacji ratowania PLL LOT. Ale Mikołaj Budzanowski naprawdę nigdy się nie spodziewał, że jego ministerialną karierę zakończy pretekst mający realnie zerowe znaczenie biznesowo-finansowe, chociaż gigantyczne wizerunkowo-polityczne.
O podpisaniu 4 kwietnia memorandum między EuRoPol Gazem a Gazprom-Exportem nie miał zielonego pojęcia minister, a w konsekwencji również premier. Dobę wcześniej dowiedział się natomiast… wicepremier Janusz Piechociński i wzruszył ramionami. Jako filar koalicji okazał się nie do ruszenia, a więc zapłacił minister „wykonujący funkcje nadzorcze nad spółkami skarbu państwa w sposób niewystarczający”.
Jego odwołanie było politycznie łatwe, ponieważ nie dotyczyło człowieka PO i nie naruszało interesów partyjnych spółdzielni i koterii. Jedynym zapleczem Budzanowskiego był europoseł Bogusław Sonik w dalekiej Brukseli, a to za mało. Paradoks polega na tym, że po medialnej eksplozji memorandum opozycja natychmiast złożyła wniosek o wotum nieufności wobec ministra skarbu.
W dziejach III RP członek rządu objęty takowym wnioskiem zawsze uzyskiwał… najmocniejszą pozycję w gabinecie, a premier rzucał się jak lew do obrony zagrożonego podwładnego. Tym razem jednak niedoinformowany minister został uznany za zużyty zderzak i uprzedzająco zdjęty przez Donalda Tuska z rządowego wozu.
