Weto zimniejsze od dyngusa

02-04-2018, 22:00

Szef gabinetu politycznego premiera nie rozumie prezydenta i jest bardzo zawiedziony wetem, uzasadnienie nazywa zaś „argumentem bardzo kalekim”.

Zapożyczony przez chrześcijaństwo starosłowiański obyczaj świątecznego polewania wodą zyskał w czasie tegorocznej Wielkanocy niespodziewany wymiar. Prawo i Sprawiedliwość w Wielki Piątek doczekało się nie dyngusa, lecz zimniejszego kubła weta — wyhodowany na partyjnym łonie prezydent Andrzej Duda znowu z zaskoczenia odmówił podpisania sztandarowej ustawy, tym razem degradacyjnej. Szok był niewiele mniejszy, niż w lipcu 2017 r. po wetach wobec dwóch ustaw sądowych. Mimo świątecznego wyciszenia, w Wielką Niedzielę poseł Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera Mateusza Morawieckiego, wygarnął w rządowej TVP, że nie rozumie prezydenta i jest bardzo zawiedziony, uzasadnienie nazwał „argumentem bardzo kalekim”, chociaż zastrzegł „nie chcę pastwić się nad głową państwa’’.

Zobacz więcej

Dla zwierzchnika sił zbrojnych Andrzeja Dudy wszelkie ustawy dotyczące wojska mają szczególne znaczenie. Fot. Jakub Szymczuk

Z jednym elementem reakcji PiS wypada się zgodzić — mianowicie z zaskoczeniem. Albowiem ustawowe decyzje podpisowe Andrzeja Dudy czasem okazują się nie tylko nieprzewidywalne, lecz przede wszystkim niepojęte prawnie. Ustawę degradacyjną co do zasady mocno poparł, zawetował tylko z powodu niezgody na zróżnicowanie wojskowych z PRL i pozbawienie jedynie członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego stopni z mocy ustawy, gdy innym przysługuje sądowa droga odwoławcza. Faktycznie, czytając ustawę po jej uchwaleniu nie mogłem pojąć, czemu PiS tak bezwzględnie chce zdegradować np. szczątki generała armii Wojciecha Jaruzelskiego w grobie na Powązkach, natomiast znacznie łagodniej prawnie traktuje np. spopielonego do urny marszałka Polski Konstantego Rokossowskiego, złożonego w murze Kremla. A przecież tamten przysłany wprost z Moskwy marszałek radziecki miał, jako minister obrony RP/PRL ze stalinowskich lat 1949-56, konto niezrównanie bardziej krwawe. Gdzie tu sens, gdzie historyczna i moralna logika? Absurd ustawy degradacyjnej nie jest oczywiście jakimś bublem wyjątkowym. Całkiem niedawno Andrzej Duda powinien także zawetować ze względów stricte prawnych — a nie zdejmować z siebie odpowiedzialność skierowaniem w trybie tzw. następczym do Trybunału Konstytucyjnego — słynną nowelizację ustawy o IPN, przynoszącą tyle szkody globalnej marce Polska. Przewiduje ona ściganie karne autorów oczywistych głupstw o „polskich obozach śmierci”, wyrażanych w najodleglejszych nawet krajach świata, w których prawo miejscowe za takowe oszczerstwa absolutnie nie karze — a przecież wzajemność penalizacji czynu jest kanonem prawnym, zapisanym także w polskim kodeksie.

PiS rozumie, że ze względu na arytmetykę sejmową Andrzej Duda jest panem życia czy śmierci każdej ustawy. Teoretycznie weto nie oznacza przecież jej formalnego końca, prezydent zwraca ustawę do Sejmu w celu ponownego uchwalenia większością 3/5 głosów. Przyjmując za podstawę obliczeń 460 posłów (chociaż stuprocentowa obecność to tylko teoria), do odbicia weta potrzeba co najmniej 276 głosów. W dziejach III RP porażki prezydentów z Sejmem bardzo wyjątkowo, ale się zdarzały. Obecnie nie wchodzi to w grę, PiS wraz z popierającym ustawę degradacyjną klubem Kukiz ’15 nie ma żadnych szans. Dlatego zapewne powtórzona zostanie droga przetarta w 2017 r. przez dwie ustawy sądowe — wersja zawetowana w Wielki Piątek idzie do kosza, ale temat degradacji wkrótce wróci ze zmienionymi szczegółami.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Prawo / Weto zimniejsze od dyngusa