Wielka polityka globalna w pewnym specyficznym wątku styka się z naszą krajową na jej wysokim szczeblu. Zachowując oczywiście wszelkie proporcje trudno nie znaleźć w owym styku podobieństw w warstwie psychologicznej. Oto prezydent Donald Trump za swoje wiekopomne zasługi dla ludzkości – znane jemu oraz jego klakierom – coraz bardziej natarczywie żąda Pokojowej Nagrody Nobla. U nas natomiast minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz od dawna choruje na dodanie jej do funkcji szefowej resortu funduszy i polityki regionalnej tytułu wicepremiera. Temperatura znacznie podniosła się jej od niedzieli, gdy potwierdziło się objęcie przez panią minister przewodnictwa Polski 2050 Szymona Hołowni. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz oznajmiła, że ma aż… poczwórny mandat wicepremierowski od partii – rekomendację klubu, rady krajowej, zwycięstwo w pierwszej oraz w drugiej turze wewnętrznych wyborów. Poza tym dodała, że należy dotrzymywać umowy, zgodnie z którą „każda partia koalicyjna ma wicepremiera”.
Niestety, w tej ostatniej kwestii przewodnicząca Polski 2050 publicznie kłamie. Każdy może sprawdzić w powszechnie dostępnym tekście, że umowa założycielska tzw. konsorcjum 15 października absolutnie takiego punktu nie zawiera. Wtedy po aptekarsku wyważono wielkie ambicje udziałowców, w całościowym pakiecie uwzględniona została nie tylko Rada Ministrów, lecz również fotele marszałków i wicemarszałków Sejmu i Senatu. W balansowaniu znaczenia podmiotów konsorcjum uznano, że laska marszałka Sejmu na dwa lata dla Szymona Hołowni jest bardzo silna, dlatego wicepremierostwa otrzymały tylko PSL i Lewica w osobach Władysława Kosiniaka-Kamysza i Krzysztofa Gawkowskiego. Szymon Hołownia nie dopilnował perspektywicznych interesów swojej partii z oczywistego powodu – przyjął za pewnik, że silną laskę zamieni na znacznie silniejszy Pałac Prezydencki! Wyszło jak wyszło, wylądował na pomocniczym stanowisku wicemarszałka, zaś w składzie rządu Polska 2050 po dawnemu ma jedynie ministrów. W kwestii stanowisk rządowych stuprocentowym decydentem jest prezes Rady Ministrów, wszelkie jego wnioski w sprawie powołań, odwołań, awansów czy degradacji prezydent RP podpisuje z automatu.
Wśród argumentów Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz jeden jest jednak w pełni prawdziwy. Oto premier Donald Tusk naruszył umowę koalicyjną dodaniem tytułu wicepremiera Radosławowi Sikorskiemu z KO, który stał się jedynym szefem MSZ z taką podwyższoną rangą w całych dziejach Polski od 1918 r. Argumentacja premiera w sprawie pozaumownej premii dla jego własnej partii nawiązywała do szatni z „Misia” – wydałem płaszcz jaki chciałem i co mi kto zrobi…
Zgodnie z Konstytucją RP urząd wicepremiera sam w sobie nie dysponuje żadną decyzyjnością. Goły tzw. wicek nie ma prawa samodzielnego podpisania jakiegokolwiek rozporządzenia, jedynie czasami robi to w zastępstwie prezesa Rady Ministrów z jego upoważnienia. Bez kierowania jednocześnie ministerstwem tytuł wicepremiera nie dodaje zatem żadnej władzy, jedynie podbudowuje ego posiadacza oraz podnosi mu pozycję polityczną. Problem liczby wicepremierów targał już wieloma polskimi rządami, przede wszystkim koalicyjnymi, ale nie tylko. Premierzy zwykle powoływali kilku, ale np. jednoroczny gabinet Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 r. miał tylko jednego, gospodarczego – Leszka Balcerowicza.
Z bardzo niedawnej epoki PiS przypomnę zagrywki niemal kabaretowe. Jarosław Kaczyński rozkazał – już po swoim odejściu z rządu – Mateuszowi Morawieckiemu zwiększenie liczby wicepremierów do… czterech. Dodatkowym tytułem puszyli się ministrowie z jednej partii: Mariusz Błaszczak, Piotr Gliński, Henryk Kowalczyk i Jacek Sasin. Wewnątrz owej karety trwała ostra wojna o stanowisko pierwszego wice, które żadnemu nie zostało przyznane. U schyłku rządów PiS prezes doszedł jednak do wniosku, że wobec zagrożenia utratą władzy musi wrócić do rządu, ale już bez przewodniczenia Komitetowi Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych (KRMdsBNisO) – czyli jako wicepremier goły, ale… jedyny. W związku z tym wymieniony kwartet został hurtowo zdegradowany, zachowując ministerstwa. Przypomnienie kabaretu dedykuję minister Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz w jej pełnym stresu oczekiwaniu na Godota, pardon, na nominację od Donalda Tuska.

