W PRL popularne było powiedzenie: „Czy się robi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Po zmianie ustroju — i prywatyzacji zakładów pracy — zaczęła się upowszechniać inna zasada: „Na twoje miejsce jest dziesięciu innych”. Z jednej strony lenistwo i beztroska, z drugiej — nierzadko wyzysk i strach. A co dzisiaj, po 25-leciu wolnego rynku w Polsce, wpływa na stosunek zatrudnionych do pracy?
Albo inaczej: czy na państwowej posadzie,podobnie jak w czasach socjalizmu, dajemy z siebie dużo mniej niż u tzw. prywaciarza? Sondaż przeprowadzony wśród 15 tys. użytkowników portalu wynagrodzenia.pl obala wiele mitów o przedstawicielach sektora państwowego. Ich poziom energii i oddania się pracy jest podobny do tego, którym wykazują się zatrudnieni w przedsiębiorstwach prywatnych.
Różnice zaczynają się przy analizie sprawiedliwości wynagradzania i satysfakcji z zarobków. W obu przypadkach reprezentanci prywatnego biznesu wykazują większe zadowolenie niż ich koleżanki i koledzy z budżetówki. Ci ostatni opłacani są zresztą gorzej — ich mediana wynagrodzeń wynosi 2,5 tys. zł, czyli o prawie 1 tys. zł mniej niż w prywatnym biznesie (3,45 tys. zł). Niższe pensje rekompensują jednak inne zasoby pozwalające na rozwój i utrzymanie zaangażowania w pracę. Niemniej warunki finansowe sprawiają, że doświadczeni i pewni swojej wartości specjaliści wolą zatrudniać się w firmach prywatnych.