Dla przeciętnego Polaka Ukraina to kraj pęknięty na dwoje wzdłuż Dniepru. Tymczasem i Michaił Bułhakow, pokazując w "Białej Gwardii" Ukrainę tuż przed tym, zanim stała się radziecką republiką, i Jurij Andruhowycz, który w "Ostatnim terytorium" sportretował swoją ojczyznę zaraz po odzyskaniu niepodległości, uważają ją raczej za kocioł, niż za dwa państwa w jednym.
Kocioł, w którym mieszają się interesy Rosjan, Europy Zachodniej i samych Ukraińców. A ci ostatni też się różnią, co najlepiej widać przy okazji każdych kolejnych wyborów, które na Ukrainie zawsze bardziej przypominają insurekcje niż demokratyczne procedury. Ukraińcy przyznają zresztą, że ich kraj ma dwa polityczne, kulturowe, etniczne i językowe bieguny. Ten prozachodni to Galicja ze Lwowem, ten prorosyjski to przemysłowy Donbas z Donieckiem.
Jakież poglądy może więc reprezentować ukraiński polityk, który urodził się, wychował i całą karierę związał właśnie z Donbasem? Ale zanim Witia Janukowycz trafił do polityki, nie było mu łatwo i to od samego początku.
Urodził się pięć lat po wojnie. Matki — Ukrainki — nie pamięta, umarła, gdy miał dwa lata. Białoruski ojciec też nie zdążył wychować syna. Rodziców zastępowała mu babcia. Zastępowała, jak umiała. Ale starszej kobiecie trudno zapanować nad zbuntowanym nastolatkiem. Były bójki, włamania, trzy wyroki. Było więzienie. W breżniewowskim Sojuzie dla nieprzystosowanego społecznie młodzieńca, czy jakby wtedy powiedziano — chuligana — to mogło oznaczać koniec wszystkiego. Ale Wiktor miał szczęście. Rok 1972 mógł uznać za przełomowy. Koniec drugiej odsiadki, małżeństwo — początek prawomyślnego życia.
Edukacja się trochę przeciągnęła. Studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki w Doniecku ukończył jako trzydziestolatek, a kontynuowanie nauki odłożył na następne dwie dekady. Czas było zająć się polityką. Dopóki jedyną słuszną siłą w Związku Radzieckim była KPZR, młody inżynier z Doniecka miał ograniczony wybór poglądów, które mógłby wyznawać — o ile oczywiście chciał uniknąć zwiedzania północnych regionów federacyjnej wówczas ojczyzny. Ale po rozpadzie Związku Radzieckiego poglądów tych nie zmienił zanadto i to, paradoksalnie, zdecydowało o jego politycznej sile.
Tej siły zabrakło, co prawda, aby w 2004 r. uczciwie wygrać wybory prezydenckie z reprezentującym drugi biegun ukraińskiego społeczeństwa Wiktorem Juszczenką, ale wystarczyło, by dwa lata później kierowana przez Janukowycza Partia Regionów mogła odnieść zwycięstwo w wyścigu o miejsca w parlamencie, a jego samego wynieść na urząd premiera. Tylko na rok, bo w ukraińskim kotle znów zawrzało za sprawą Julii Tymoszenko i jej sprzymierzeńców z czasów Pomarańczowej Rewolucji. Ale Partia Regionów trzymała się mocno i tak utrzymała się do zakończonych właśnie wyborów prezydenckich, po których Tymoszenko grozi skargami, a Europa zastanawia się, w którą stronę Ukraina zwróci swe niejednoznaczne oblicze.
Sprytny gracz, a za takiego uchodzi Janukowycz, może tę niejednoznaczność wykorzystać, dając każdej z sił mieszających w ukraińskim tyglu po trochu tego, na czym im zależy. Rosjanom da zbliżenie w stosunkach politycznych i gospodarczych, Polaków zapewni, że banderowcy z UPA nie zyskają statusu bohaterów narodowych, oligarchom zapewni spokój w robieniu interesów, a mniej zamożnym rodakom obieca trochę przywilejów socjalnych. I tak przebrnie przez prezydenturę, którą zyskał, wykorzystując zwaśnienie przeciwników.
Czy Ukraina Janukowycza będzie się bardzo różniła od tej, której prezydentem był Juszczenko, lub którą mogłaby stworzyć Julia Tymoszenko? Niekoniecznie. Bo, jak przekonuje Jurij Andruchowycz, Ukraińcy, mimo dzielących ich różnic, płacą mniej więcej takie same (i za to samo) łapówki przedstawicielom władzy, piją wódkę mniej więcej tej samej jakości z mniej więcej tymi samymi skutkami, od października do kwietnia noszą jednakowe futrzane czapki z królika, objaśniają sobie egzystencję za pomocą jednakowych stereotypów i z jednakowym zapałem kibicują kijowskiemu Dynamu…
