Energia elektryczna pochodząca z pracy mięśni własnego ciała i wykorzystanie jej w dżungli z powodzeniem mogłyby być tematem przewodnim jednych z odcinków „Szkoły przetrwania” Beara Gryllsa. W sytuacji, w której ceny prądu szaleją i istnieje groźba przerw w dostawach, własne, domowe źródło zasilania może być na wagę złota. Nie chodzi jednak wcale o zasilany dieslem agregat, ale cichy i ekologiczny rower, który ma służyć za elektrownię. W Polsce opracował go Sławomir Dymczyk z Poznania. Co ciekawe, nie jest inżynierem, ale absolwentem antropologii kultury. Pochłonął wiele książek przedstawiających wizję apokalipsy, co stało się inspiracją dla biznesu.

– Często wyobrażałem sobie, co bym zrobił, gdyby nadszedł kataklizm i ludzkość musiałaby poradzić sobie bez fabryk i elektrowni. Problemem byłby wtedy brak energii, by odzyskać zapisane elektronicznie na dyskach podręczniki, książki i to, co najważniejsze, czyli wiedzę. Zastanawiałem się, jak zwykły człowiek, siedząc w np. w bunkrze, mógłby naładować telefon lub komputer. Pomyślałem wtedy, że rozwiązaniem byłoby wykorzystanie pracy mięśni do wyprodukowania prądu. Krok po kroku z kolegą zgłębialiśmy niuanse techniczne – mówi Sławomir Dymczyk.
Tak powstał energorower, który można kupić lub wypożyczyć i np. uaktakcyjnić firmowy piknik. Najczęściej wypożyczane są rowery spinningowe z wyciskarką do soków i tor wyścigowy zasilany rowerami. Ten drugi to prawdziwy przebój eventowy. Natomiast wśród kupujących największym powodzeniem cieszą się rowery stacjonarne z ładowaniem telefonów komórkowych. Znajdują zastosowanie w tzw. chillout roomach w korporacjach, podczas różnego typu wydarzeń i w miejscach publicznych, jak np. biblioteki.

– Życie pokierowało biznesem w inną od zamierzonej stronę. Okazało się, że jest zapotrzebowanie na energorowery na eventach i imprezach integracyjnych dla szkół, podczas wydarzeń promujących ekologię, jako atrakcja dla dzieci na festynach i w edukacji. W ofercie mamy 30 rowerów spinningowych i 30 rowerów z trenażerem oraz akcesoria do nich: wyciskarki do soków, blendery, zestawy lampek, kompresory do pompowania piłek, ładowarki do telefonów, powerbanki. Dopiero pandemia oraz obecna sytuacja geopolityczna spowodowały, że wzrosło zainteresowanie zakupem przez osoby prywatne – mówi Sławomir Dymczyk.

W ofercie jego firmy są też energowioślarz, tory wyścigowe, energonarciarz, edukacyjny panel żarówkowy oraz niezależny zestaw do produkcji prądu przy użyciu własnego roweru.
– Sercem systemu jest prądnica, która jest jak odwrócony silnik – to nie on, ale my dajemy moc. Im szybciej kręcimy, tym więcej prądu wytwarzamy. Możemy go zmagazynować w akumulatorze, oddać do sieci, podobnie jak w wypadku paneli fotowoltaicznych, lub wykorzystać na bezpośrednie zasilanie. Na przykład telefon komórkowy pobiera 5 do 10 W i można go zasilać, jeżdżąc z obciążeniem 30 W. Wyprodukowanie soku w wyciskarce wymaga jazdy z oporem przypominającym jazdę pod górkę, w umiarkowanym tempie, przez około minutę – mówi Sławomir Dymczyk.

Jeden energorower może zasilić dowolne urządzenie o mocy do ok. 150 W, np. telewizor, radio, głośniki, blender czy telefon. Za pomocą sumatora mocy można połączyć wiele rowerów i zasilać urządzenia o mocy do kilku tysięcy watów, jak dzieje się podczas organizowanego przez firmę plenerowego kina napędzanego rowerami.
– To inicjatywa popularyzująca proekologiczne zachowania, na których nam zależy. Widzowie mają za zadanie wykręcić połowę energii niezbędnej do uruchomienia seansu. Innym wydarzeniem, w którym braliśmy udział, był Pol’and’Rock Festival. Udostępniliśmy sześć rowerów do ładowania komórek. Na każdym z nich w trakcie czterech dni wytworzono 1 kWh. Może się wydawać, że to mało, ale w wypadku telefonów to bardzo dużo – tłumaczy właściciel firmy Energorower.

Sławomir Dymczyk przyznaje, że jego biznes mógłby nabrać większego rozpędu, ale brakuje mu czasu i kapitału.
– Potencjał na pewno nie jest w pełni wykorzystany. Teraz z dwoma pracownikami zajmujemy się praktycznie wszystkim, a zyski inwestujemy w testy i nowe pomysły. Na pewno gdybym poszerzył zespół o specjalistów od marketingu i sprzedaży, to firma by na tym zyskała, ale obecnie nie mogę sobie na to pozwolić. Nawet staranie się o dotacje z Unii Europejskiej wymaga środków własnych, które w moim wypadku musiałby wynieść około 0,5 mln zł – mówi Sławomir Dymczyk.


