Włączasz i od razu robi ci się cieplej

Sylwester Sacharczuk
opublikowano: 2006-08-31 00:00

Ludzie lubią ciepło i chcą je mieć. Dlatego ta branża i nasza firma nigdy nie upadną — mówią w Biawarze.

Firma specjalizuje się w produkcji urządzeń do podgrzewania wody. Należy do niej 25 proc. polskiego rynku. Jej początków trzeba szukać w białostockiej Fabryce Urządzeń Grzewczych, specjalizującej się w produkcji elektrycznych ogrzewaczy wody. W 1992 r. została sprywatyzowana.

— Choć poszerzaliśmy ofertę, to i tak najbardziej rozpoznawalnymi i wręcz sztandarowymi produktami pozostały elektryczne ogrzewacze do wody o pojemności 50-80 litrów. Nic dziwnego, w końcu są w tej fabryce robione od ponad 30 lat — mówi Piotr Kubera, dyrektor handlowy Biawaru.

Chcą większych

Na początku ogrzewacze produkowano na licencji jugosłowiańskiej, potem opracowano polskie modele. Zmieniły się też potrzeby klientów.

— Kiedyś ludziom wystarczało 50 litrów, ale od kilku lat dla swojego komfortu potrzebują więcej wody. Najczęściej kupowanymi urządzeniami stały się te o pojemności 120 i 150 litrów — opowiada Piotr Kubera.

Od kilku lat Biawar jest znany także z wymienników ciepła, współpracujących z systemami centralnego ogrzewania. Duża w tym zasługa szwedzkiego koncernu Nibe, czołowego europejskiego producenta wyrobów grzewczych, zwłaszcza pomp ciepła. W 2000 r. przejął ponad 90 proc. udziałów Biawaru, reszta pozostała w rękach pracowników.

— Ten mariaż pozwolił nam na dużo szerszą produkcję. Poszliśmy mocno do przodu, zwłaszcza jeśli chodzi o wymienniki ciepła. Oczywiście, nie można zapomnieć o jakości wyrobów, którą ściśle kontrolujemy na każdym etapie produkcji — podkreśla dyrektor Kubera.

Zależni od budownictwa

Najcięższym okresem były dla firmy lata 2002-03.

— Nasza branża jest ściśle związana z budownictwem. Kiedy ono było w kryzysie, my też mieliśmy chudsze lata. W tym okresie popyt był znacznie mniejszy niż byśmy oczekiwali — wspomina Piotr Kubera.

Rocznie firma produkuje około 110 tys. ogrzewaczy wody z wymiennikami. To daje jej 25 proc. polskiego rynku. Sprzedaż zależy od pory roku.

— Jesteśmy właśnie u progu sezonu. Szczytem sprzedaży jest jesień, kiedy ludzie zaczynają profilaktycznie myśleć o zapewnieniu sobie ciepła na zimę. Są wyjątki od tej zasady — na przykład 10-litrowe ogrzewacze sprzedają się głównie wiosną, bo kupują je działkowcy. W czerwcu najlepiej sprzedają się przepływowe ogrzewacze elektryczne, dobre na działkę lub do obiektów turystycznych — wylicza dyrektor Kubera.

Coraz częściej jednak klientami nie są właściciele domów, ale instalatorzy.

— I bardzo dobrze, bo te urządzenia są coraz bardziej skomplikowane. Wielokrotnie mieliśmy zgłoszenia od klientów, którzy nieumiejętnie montowali ogrzewacze i je uszkadzali. Zostawmy to lepiej fachowcom — zaznacza Piotr Kubera.

Ceny jak w kalejdoskopie

W ostatnich latach Biawar wprowadził na rynek wiele ciekawych produktów.

— Widząc rosnące ceny węgla, gazu i oleju, klienci zaczynają się interesować urządzeniami tanimi w eksploatacji, łatwymi w obsłudze i przyjaznymi środowisku. Takie są pompy cieplne umieszczane w ziemi i kolektory słoneczne na dachach. To nowości w Polsce, wielu traktuje je jako ciekawostkę, ale rynek całkiem nieźle się rozwija — ocenia dyrektor Biawaru.

Głównym utrudnieniem w działalności firmy są wahania cen surowców.

— Używamy przede wszystkim stali. Kiedy dwa lata temu nastąpił światowy deficyt tego surowca, jego cena drastycznie wzrosła. Teraz obserwujemy drugą podobną falę — ceny stali w euro zmieniają się niemal z dnia na dzień. A my sprzedajemy w stałych kwotach w złotych i nie możemy ich co chwilę poprawiać — dodaje Piotr Kubera.

Klientów nie zabraknie

Mimo wszystko dyrektor nie martwi się o przyszłość firmy i branży.

— Popyt nie osłabnie. W wielu domach są urządzenia sprzed kilku czy kilkunastu lat, które się zużywają. Nie powinniśmy się bać, że zabraknie nam klientów. Poza tym buduje się wiele nowych domów, a każdy z nich potrzebuje instalacji — wymienia Piotr Kubera.

Choć pracuje w fabryce urządzeń ocieplających, najbardziej lubi zimę.

— Jeśli tylko jest śnieg, staram się wyrwać na narty. W Polsce ukradli mi parę, nim zdążyłem je założyć, dlatego wybieram zagranicę, głównie Austrię. Latem rzadko biorę urlop — mamy wtedy przednówek sezonu, do którego trzeba się solidnie przygotować. Dlatego przepraszam, bo już za chwilę wracam do pracy — żegna się dyrektor Kubera.