Po pierwszym dniu rejestracyjnej operacji VAT-UE nastąpiła polaryzacja ocen. Centrala resortu finansów zachowuje optymizm, iż idzie doskonale i wszystkie zainteresowane podmioty zdążą do 1 maja uzyskać dokumenty uprawniające do prowadzenia wewnątrzwspólnotowych transakcji dostawy i nabycia towarów. Inaczej wygląda to na poziomie urzędów skarbowych, których pracownicy na razie zachowują spokój, zdając sobie sprawę z nieuchronności gigantycznego spiętrzenia w ostatnim tygodniu kwietnia. Najbardziej zainteresowani, czyli przedsiębiorcy, przekleństwa przeplatają pytaniami, czemu na tak ogromne przedsięwzięcie przeznaczono tak mało czasu!
O skandalicznej opieszałości parlamentu, który pracując nad ustawą o VAT roztrwonił długie miesiące, pisaliśmy już wielokrotnie. Wypada jednak zauważyć, że również na końcowych etapach legislacyjnej ścieżki nikt się nie przejmował dramatycznym spóźnieniem ustawy. Prezydent otrzymał ją do podpisu 16 marca. Doceńmy, iż nie wykorzystał całego przysługującego mu czasu (do 6 kwietnia) i podpisał 26 marca — ale mógł to zrobić niemal od ręki! Wszak z góry było wiadomo, że ta akurat ustawa MUSI zostać podpisana, przy wszystkich znanych jej ułomnościach.
Fazą ostatnią było ogłoszenie ustawy. I tutaj też zgubiono kilka dni! Rządowe Centrum Legislacji oraz Ministerstwo Finansów tak zsynchronizowały terminy, że przepisy rejestracyjne weszły w życie dopiero 13 kwietnia. Naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, aby cała operacja wystartowała w pełni formalnie już w Wielkim Tygodniu. Co najwyżej ucierpiałyby tradycyjne biurowe jajeczka...