Wojska zaciężne na polskim żołdzie

opublikowano: 13-06-2019, 22:00

Na poziomie głów państw największym konkretem środowej wizyty Andrzeja Dudy u Donalda Trumpa stała się ich wspólna deklaracja o współpracy obronnej w zakresie obecności sił zbrojnych USA na terytorium RP.

To akt wysokiego szczebla politycznego, jednak niskiego prawnego, ponieważ obie strony jedynie „planują”. Tytuły sygnatariuszy deklaracji brzmią jednakowo, ale asymetria decyzyjna jest ogromna. Prezydent USA to zarazem szef rządu oraz najwyższy dowódca wojskowy, prezydent RP natomiast zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi sprawuje za pośrednictwem ministra obrony, a także mianowanego naczelnego dowódcy. W praktyce realizacja deklaracji po stronie polskiej wymaga w każdym punkcie decyzji Rady Ministrów. Dlatego jej fundamentem jest niezmienność władzy, nie tylko po wyborach prezydenckich w 2020 r. — w maju odbędą się w Polsce, a w listopadzie w USA — lecz także po naszych parlamentarnych w październiku 2019 r. Teoretycznie organy państw obowiązuje wykonywanie zobowiązań i w razie zmian personalnych nikt deklaracji z 12 czerwca 2019 r. nie wypowie, ale losy np. tarczy antyrakietowej uczą, że projekty uznawane za obce trafiają do zamrażarki.

Podczas rozmów w Białym Domu kontekst wyborczy przebijał przez lukier podniosłych wątków historycznych. Głównie po stronie amerykańskiej, ponieważ z sondaży wynika, że perspektywa reelekcji Donalda Trumpa jest bardziej mglista niż Andrzeja Dudy. Dlatego prezydent USA nie byłby sobą, gdyby w deklaracji nie zadbał o miłe podatnikowi zapisy, że pobyt dodatkowego kontyngentu amerykańskiego w Polsce sfinansuje oczywiście nasza strona. Jesteśmy petentem, zatem zobowiązujemy się zapewnić „dodatkowe wsparcie siłom zbrojnym USA, wykraczające poza obowiązujący w NATO standard wsparcia przez państwo-gospodarza”. To ważna wskazówka, na co miałoby pójść zwiększenie polskich wydatków militarnych ponad wymagany przez NATO poziom 2,0 proc. PKB. Byłoby to historyczne nawiązanie do tradycji cudzoziemskich wojsk zaciężnych, które przypominamy w tytule.

Największą nowalijką prezydenckich rozmów, chociaż nie sensacją, jest zapowiedź współpracy w energetyce jądrowej. W Polsce temat jest generalnie dość niewygodny i taktycznie chowany pod dywan. Projekt polityki energetycznej zakłada budowę jednej atomówki o mocy 1-1,5 GW do 2033 r., a potem kolejnych do osiągnięcia w 2040 r. mocy około 6-9 GW. Konieczność dekarbonizacji energetyki oznacza nieuchronność atomu, ale przed październikowymi wyborami tzw. dobra zmiana w ogóle nie zamierzała o tym wspominać. Tymczasem nagle okazuje się, że elektrownie jądrowe zbudują Amerykanie. Na pewno ucieszyli się Francuzi, europejscy liderzy atomówek, którzy od lat składają nam oferty. Memorandum jądrowe jest dokumentem jeszcze słabszym od deklaracji militarnej, bo to melodia dalekiej przyszłości, chociaż może stanowić przygrywkę do współpracy. Energetyka atomowa stoi przed potężną barierą kosztową, tymczasem w memorandum trudno dojrzeć jakąś ścieżkę amerykańskiego współfinansowania. Mimo wyborczego rozdawania przez rząd PiS pieniędzy budżet państwa naprawdę nie jest z gumy. W bliższej perspektywie ma zaś łyknąć 32 samoloty F-35, wyceniane obecnie po około 90 mln USD za sztukę…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy