I ja kiedyś wybrałem historię starożytną. I to właśnie będąc w wieku tej dziewczyny. U schyłku życia wciąż dziękuję bogom nieśmiertelnym, że natchnęli mnie, bym zajął się dziejami właśnie pozornie tak odległej epoki, a nie naszymi czasami. Może to dziwić, bo zainteresowanie historią swej ojczyzny jest zawsze i wszędzie czymś naturalnym, najbliższym sercu. A zwłaszcza jeśli chodzi o historię najnowszą, którą samemu się przeżyło — jako jej świadek, uczestnik, poniekąd ofiara.
Z drugiej wszakże strony obraz historii najnowszej, ale też w ogóle nowszej, narodowej, jest szczególnie podatny na wypaczanie i fałszowanie przez emocje — osobiste i społeczne. Od wieków krąży złośliwe powiedzenie, że prawdziwa historia kończy się jako nauka na upadku cesarstwa rzymskiego. Potem to już tylko publicystyka... Kiedy na gruzach Imperium wyrosły państwa narodowe, każde zaczęło przedstawiać swe dzieje na własne potrzeby i ze swego punktu widzenia. Jest to zatem dziejopisarstwo subiektywne, zabarwione — choć zwykle podświadomie — dumą narodową, ale też uprzedzeniami i niechęcią lub wręcz wrogością do innych. Pamięta się zawsze zło doznane od sąsiadów, zapomina o krzywdach, jakie samemu się wyrządziło. Polityka historyczna i upolityczniona historia są siebie warte.
Banalne prawdy. Ale warto je przypominać, zwłaszcza w naszym społeczeństwie. Naród bowiem pozbawiony przez kilka pokoleń własnej państwowości musiał usprawiedliwiać swą katastrofę polityczną, uznając się za niewinną, bezbronną ofiarę cudzej przemocy. I musiał też uświetniać swą przeszłość, wyolbrzymiając chlubne fakty — dla pokrzepienia serc, a przemilczając inne, mniej wygodne. A zatem naszą wyobraźnią historyczną zawładnęły, w dużym stopniu, mity i stereotypy. Tym mocniejsze, że znalazły trwały i barwny wyraz w świetnych dziełach literatury.
Patrzymy na czasy potopu szwedzkiego oczyma Sienkiewicza. Ale… Historyk wyprawy Karola Gustawa, współczesny wydarzeniom, Niemiec z pochodzenia, Samuel Puffendorf, nie kryje zdziwienia, że zajęcie Polski poszło tak szybko, niemal bez żadnych strat własnych. Odstępstwa od prawowitego króla były powszechne, nie tylko pod Ujściem. Przysięgała na wierność nowemu panu szlachta całych województw, miasta, wojewodowie, urzędnicy, wodzowie, nie tylko pospolite ruszenie, ale też wojska zaciężne i kwarciane. Usprawiedliwiano to nadzieją, że nowy władca uratuje ojczyznę przed Rosją i Kozakami. W istocie zaś dbano o doraźne zabezpieczenie majątków przed grabieżą i o zatwierdzenie przywilejów. W zajętej bez jednego wystrzału Warszawie znaleziono 124 działa spiżowe, zapasy amunicji i żywności. Miasto mogło się bronić przez czas dłuższy. Dzielny opór stawił dopiero Kraków. Ale i on musiał się poddać, gdy opuściła go załoga, na honorowych zresztą warunkach. Stawili też opór chłopi z podgórskich stron Małopolski, pod Lanckoroną i Nowym Sączem. Dopiero gdy przyszło do kontrybucji, zaczęła się burzyć Wielkopolska. Jak zaś było z Częstochową, można się dowiedzieć z prac Adama Kerstena. A sytuacja i okoliczności poddania się Janusza Radziwiłła wyglądały inaczej od tego, co tak dramatycznie przedstawia Sienkiewicz.
Konstytucję 3 maja, którą tak się chlubimy, napisali i przeprowdzili — działając właściwie na granicy prawa — masoni. A masonem był też bohater naszego hymnu narodowego, Henryk Dąbrowski. I to wysokiego stopnia wtajemniczenia. Hymn zaś kościelny "Boże coś Polskę" ułożono na cześć cara Aleksandra I jako wyraz wdzięczności, że na kongresie wiedeńskim opowiedział się za utworzeniem przynajmniej namiastki polskiej państwowości. A była tam przecież lansowana koncepcja powrotu do stanu po III rozbiorze — czyli: Warszawa pruska, zabór austriacki po Pilicę. Jak by się potoczyła historia, gdyby to ona zwyciężyła?
Przytaczam tych kilka przykładów — dla ilustracji. Wielu polskich historyków i eseistów pisze konsekwentnie o polskich złudzeniach i mitach narodowych, o wydarzeniach przemilczanych lub stronniczo naświetlanych. W moim odczuciu ma to moc odświeżającą, uzdrawiającą. Do zrobienia jednak jest tu jeszcze mnóstwo.
Zajmujemy się wszakże historią starożytną nie dlatego, by przezornie uchylać się od problemów drażliwych i nie zawsze przyjmowanych życzliwie przez rodaków. Przyczyny takiego wyboru? Po pierwsze: świadomość, że badamy przeszłość, nie kierując się, nawet podświadomie, uprzedzeniami. Obraz wydarzeń sprzed dwóch i więcej tysięcy lat nie wzbudzi irracjonalnych emocji. Po drugie: tamta historia to wspólna przeszłość wszystkich krajów i narodów Europy, fundament naszej kultury. I wreszcie: wszystko, co wtedy i tam się działo, pozwala spokojniej rozumieć i oceniać teraźniejszość. Daje dystans i uczy pobłażliwości wobec głupot naszych czasów.
Dziewczyna, która stwierdziła, że woli historię starożytną, dała oczywisty wyraz niesmakowi wobec ostatnich wydarzeń. Może jednak oceni je wyrozumialej, gdy przy- pomni sobie, co się działo w demokratycznych Atenach 25 wieków temu. Wszyscy najwybitniejsi wówczas politycy i wodzowie padali ofiarą pomówień i oszczestw. A lud, jak zawsze i wszędzie, przyjmował je skwapliwie. Milcjades, bohater spod Maratonu, omal nie skończył w więzieniu. Temistokles, właściwy sprawca zwycięstwa nad flotą perską pod Salaminą, został w nagrodę wygnany i skazany na śmierć jako agent króla perskiego (ledwie uszedł z życiem). Obserwując obecne wydarzenia w Polsce, lepiej rozumiemy postawę i logikę starożytnych Ateńczyków. Przecież to częsta, podświadomie przyjmowana argumentacja w pewnych u nas kręgach: skoro ktoś tak istotnie przyczynił się do pokonania mocarstwa lub systemu, musiał być agentem tamtej strony! Logika nieubłaganie przekonująca.
Aleksander Krawczuk:
Od wieków krąży złośliwe powiedzenie, że prawdziwa historia kończy się jako nauka na upadku cesarstwa rzymskiego. Potem to już tylko publicystyka...
