Propagandowa kontrofensywa chińska w obronie Covec była oczywistością. W skali globalnej upowszechniony został piętnujący postawę polskich władz i wychwalający bohaterstwo budowniczych tekst z "Renmin Ribao" ("Dziennik Ludowy"), organu Komunistycznej Partii Chin. W odwodzie stoi jeszcze agencja Xinhua, dysponująca 107 biurami zagranicznymi. Skala tego kontruderzenia poraża — 4 mln egzemplarzy organu czyta codziennie tamtejsza klasa urzędniczo-biznesowa, a wielojęzyczne serwisy pokrywają cały świat.
W czasach rewolucji kulturalnej Xinhua ideologicznie atakowała zarówno przegniły kapitalizm, jak i rewizjonizm Moskwy. Po pół wieku chodzi tylko i aż o czysty biznes. Krótki odcinek A2 był dla Chińczyków przyczółkiem w Unii Europejskiej przed ekspansją na Zachód, gdzie ich firm budowlanych nie wpuszcza żaden odpowiedzialny inwestor. Wiążąc ogromne nadzieje z przyczółkiem, zaproponowali cenę dumpingową, na którą strona polska z rozbrajającą naiwnością się nabrała.
Próbując ratować twarz premier Donald Tusk stwierdził, że "Covec nie wytrzymał konkurencji i specyficznego dla niego otoczenia". Można to i tak nazwać, ale inna teza szefa rządu to już czyste chciejstwo: "Z punktu widzenia chińskich inwestycji to problem utrzymania reputacji partnera wiarygodnego i obliczalnego", Polska zaś "nie ma niczego do stracenia". Otóż — wizerunkowo ma bardzo wiele! Chińczycy robią nam propagandowe kuku tuż przed prezydencją w Radzie UE. Powtarza się syndrom smoleńskiego raportu MAK, który w opinii międzynarodowej Polskę znokautował.