Wreszcie mogli w cztery oczy

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-05-13 20:00

Formalne wymiany konstytucyjnych członków Rady Ministrów pod prezydenckim żyrandolem to uroczystości powtarzalne, chociaż w szczegółach się trochę różnią.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Na przykład takim drobiazgiem, w jakim trybie odbierają od prezydenta akty odwołania ministrowie odchodzący. Czasami wspólnie z następcami, w atmosferze niemal familijnej, ale dzieje się tak wtedy, gdy prezydent i rząd wywodzą się z jednej opcji. Zdecydowanie inaczej wszystko przebiega w warunkach trudnej kohabitacji, jaka ukształtowała się w Polsce od 13 grudnia 2023 r. Notabene podczas minionych pięciu miesięcy wielokrotnie bardziej zasadne byłoby inne określenie – konfrontacja. W poniedziałek Andrzej Duda demonstracyjnie zimno pożegnał np. ministra Marcina Kierwińskiego, który 9 stycznia 2024 r. przeprowadził bezprecedensowy skok policji na Pałac Prezydencki w celu wyjęcia chroniących się tam skazanych prawomocnymi wyrokami byłych szefów właśnie MSWiA – Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika.

Zmiany spowodowane zostały wyłącznie uchodźstwem czterech ministrów do Parlamentu Europejskiego. Z kronikarskiego obowiązku przypominam resorty i kto objął tekę za kogo: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji – Tomasz Siemoniak za Marcina Kierwińskiego (nowy minister zachował także nadzór nad służbami specjalnymi); Ministerstwo Aktywów Państwowych – Jakub Jaworowski za Borysa Budkę; Ministerstwo Rozwoju i Technologii – Krzysztof Paszyk za Krzysztofa Hetmana; Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Hanna Wróblewska za Bartłomieja Sienkiewicza. Zastępcy oczywiście znajdą się zawsze, ale elektorat tzw. konsorcjum 15 października głośno stawia bardzo zasadne pytanie – unijne aspiracje odwołanych ministrów nie objawiły się nagle, myśleli przecież o Brukseli/Strasburgu już od dawna, zatem po co w ogóle wchodzili w rządowe buty. Bardzo źle się stało, że Donald Tusk konstruując w grudniu gabinet od razu nie postawił kwestii jednoznacznie – stanowisko ministra na poważnie, a nie tylko na niby.

Politycznie najważniejszym punktem eventu było spotkanie w cztery oczy Andrzeja Dudy z Donaldem Tuskiem. Od dawna bardziej dążył do niego prezydent, zaś premier już nie mógł się wytłumaczyć niedyspozycją zdrowotną. Głównymi tematami zamkniętego spotkania były – tak podają otoczenia obu decydentów – zagrożenia dla państwa i szeroko rozumiane bezpieczeństwo, nowa ustawa o Krajowej Radzie Sądownictwa, program Nuclear Sharing, Centralny Port Komunikacyjny oraz tzw. ustawa kompetencyjna, regulująca kohabitację w polityce międzynarodowej.

W tym ostatnim wątku usłyszeliśmy pierwszy raz pewne konkretne zapowiedzi. W pierwszym półroczu 2025 Polska drugi raz – poprzednio w 2011 r. – będzie sprawowała przechodnią prezydencję legislacyjnej Rady Unii Europejskiej. Od wejścia w życie w 2009 r. reformatorskiego traktatu z Lizbony realne znaczenie polityczne i decyzyjne półrocznej zmiany w unijnej sztafecie radykalnie spadło, ale klasa polityczna państw członkowskich nie przyjęła tego do wiadomości. Po dawnemu przygotowywane są tzw. priorytety prezydencji Rady UE , podniecające tylko rząd przejmującego pałeczkę państwa, bo na pewno nie 26 pozostałych. Zwłaszcza Andrzej Duda traktuje nadchodzącą polską zmianę niezwykle ambicjonalnie, ponieważ będzie ona kalendarzowym zwieńczeniem jego urzędowania – skończy się 30 czerwca, a prezydentura 6 sierpnia. Dlatego rzucił wstępnie pomysł zorganizowania w Polsce podczas naszego przewodnictwa aż… dwóch nadzwyczajnych szczytów dwustronnych UE, jednego z USA, zaś drugiego z Ukrainą. To pierwsze marzenie z góry może sobie odpuścić, ale drugie jest realne. Nie usłyszeliśmy natomiast ani słowa, czy prezydent będzie upierał się przy absurdalnym pomyśle wyeliminowania premiera z udziału w szczytach Rady Europejskiej. Szans na to nie ma, ale konflikt zapowiada się ostry, powróci wojna o krzesło z 2008 r.