Kiedyś Września była ważnym odnośnikiem topograficznym dla jadących na Zachód — tam zaczynała się dwupasmówka do Poznania. Dziś to interesujący punkt na winno-kulinarnej mapie Polski. Dzięki winiarni (i restauracji) We We.
Wpadliśmy do Wrześni przez przypadek — chyba przed rokiem. Zwabił nas zlot miłośników kaczek. Mówiono, że jest ich nawet pięćdziesięciu, chcieliśmy to sprawdzić. Sprawdziliśmy, i było!
Oczywiście, mamy na myśli pozytywnie zakręconych miłośników legendarnych Citroenów 2 CV. Na fali radosnej atmosfery wpłynęliśmy do winiarni na rynku. Okazało się, że także do wyjątkowej w okolicy restauracji. Oczarowały nas nie tylko rzadko spotykane dania (np. pieczona perliczka), ale też szokująco dobra karta win. Było tak miło, że zdecydowaliśmy się odwiedzić We We ponownie.
Rybka w serowym kontuszu
Zamówiliśmy pierogi. Z cielęciny, w dodatku z wody i w sosie grzybowo-winnym. Były świetne. Niestety, dyżurujący na stole biały kupaż z Toskanii Vasario bian-co, 2005, Buonamico (170 zł) nieprzyjemnie zazgrzytał na nie zębami. Poprosiliśmy o pomoc z Francji. Pojawił się autentyczny winny książę z Alzacji, Schlossberg Riesling Grand Cru, 2006, Blanc, Alzacja (232 zł). Pierogi przyjęły go z zachwytem. Mocniej przyciśnięte widelcem w końcu wykrztusiły, że wcześniej kucharz na zapleczu leciutko zniewalał je właśnie rieslingiem.
Potem z hukiem na stół wjechał łosoś, nonszalancko rozwalony na kanapie z papardelli. Wcześniej marynowany, wyraźnie pod wpływem wina. Ale nie tylko — wyczuć można było świeżą bazylię i czosnek. Wyzywająco przepasany kontuszem z parmezanu. Zignorowaliśmy przyodziewek i skoncentrowaliśmy się (razem z toskańczykiem) na nagim brzuszku. Było dobrze, aż przypadkiem zahaczyliśmy o kontusz. Ser wyraźnie przeszkadzał. Zaproponowaliśmy więc czuwającego w lodzie zmiennika z Alzacji. Szok i pełne odurzenie smakowe. Na podniebieniu zawirowało wszystko: łosoś, kontusz z sera i kanapa z papardelli. Pełen odlot w kosmos.
Pieprzna polędwica
Zapowiedziano polędwicę w pieprzowym sosie, obiecując, że będzie zjawiskowa. I była. Mięciutka, marynowana, wyraźnie po długim leżakowaniu w esencjonalnych przyprawach. Soczysta i rozpływająca się w ustach. Żaden tam podeszwowy wysmażalec. Dodatkowo zainspirowana łagodnym pieprzowym sosem. Najpierw spróbowaliśmy ją z toskańskim winem na golaska. Bez sosu. I o dziwo, było im dobrze... Z sosem pojawiły się jednak problemy. Czuwający nad wszystkim Marek Szrama (prywatnie wielki miłośnik win) zaproponował czerwoną alternatywę.
Bolgheri Rosso, 2005,
Le Grascette, Bolgheri,
Toskania (215 zł). Spróbowaliśmy. Udane trafienie!
Tatar z łososia objawił się aromatycznie i korzennie.
Z rybką Vasario bianco komponowało się świetnie. Dopóki nie zrosiliśmy jej kroplą cytryny. Zaczęły się kwasy. Wino samo musiało zdominować łososia i już!
Słodycz miodem podlana
Udany wrześniowy wieczór we Wrześni zakończyliśmy
oczywiście deserem. Podano szarlotkę. Chyba najlepszą w Polsce. Pełne szaleństwo! Wyczuliśmy nutkę przypraw — cynamonu i wanilii
— ale nie tylko. Także lodów, truskawek i mięty.
Szarlotce na talerzu towarzyszył kompan w kieliszku — polski miód półtorak. Skosztowaliśmy specjału. Oczy przymgliły się nam lubością... Nawet tylko dla tej ostatniej kombinacji smakowej warto — choćby nadrabiając kilometry — przejechać przez Wrześnię.
Bez kompasu
Restaurację Wyjątkowa Winiarnia We We łatwo znaleźć. Mieści się
na rynku, a więc w sercu miasta. Stąd do lokalu wiodą schody w dół.
Nie do wszystkiego
Vasario bianco, Buonamico
— do pierogów z mięsem to nieprzyjemny zgrzyt, ale doskonale się komponowało z tatarem z łososia. Byle bez kropli cytryny!
