Wszyscy widzą tylko Chiny

Marta Biernacka
opublikowano: 09-07-2004, 00:00

Skuty przed prezydenckim pałacem. Wściekły, bo za transport towaru nikt nie zapłacił. Z duszą na ramieniu, gdy mowa o konfiskatach majątku. Oto polski biznesmen na Białorusi.

Ale to niepełna panorama. Są i tacy, co sobie poradzili... No i zewsząd słychać: „Musimy tu być! Warto!”. A właściwie dlaczego?

Mińsk-Warszawa

18.40 czasu białoruskiego. Do Warszawy 12 godzin jazdy. Odświętnie, jak na akademię, ubrana blondynka — białoruska prowadnica (wagonowa) — wyciąga rękę po bilety. Za chwilę gigantyczny gmach białoruskiego dworca niknie w oddali.

— Wracamy do rzeczywistości... — mówi Krzysztof Kochańczyk, szef firmy Sagad-Plast.

Wraca z mińskich targów Biznes Polska.

Na stoliku w przedziale piwo Baltica i portret prezydenta Aleksandra Łukaszenki.

— Niech nas pilnuje na granicy. Wzbudzimy zaufanie celników — wyjaśnia biznesmen, przyglądając się wąsatej twarzy wodza.

Portret kupiłam w hotelowym sklepiku za ostatnie białoruskie ruble. Wygrał konkurencję z kryształami, drewnianymi babami i cudami rękodzieła.

— Ciężko z nimi handlować... Poza pracą w Inco-Veritas mam też własną firmę Golden Fruit, która eksportuje głównie jabłka. Raz wysłaliśmy kilka transportów na Białoruś, zainkasowaliśmy przedpłatę — i było cacy. Po ostatnim z nich, za który odbiorca wcześniej nie zapłacił, wszelki słuch zaginął — wybucha nagle Tarik Tomasz Kayed, specjalista ds. eksportu w firmie Inco-Veritas.

— Inny obyczaj, inne polityczne realia... Ale to nas nie przestraszy! — zarzeka się Krzysztof Kochańczyk, też wbijając wzrok w prezydenckie oblicze.

Szef Sagad-Plast na polskich targach w Mińsku zjawił się z żoną, Dorotą Kochańczyk, prezesem Sagadu. Obie spółki zajmują się przetwórstwem tworzyw sztucznych. Kochańczykowie myślą o przeniesieniu części produkcji z Polski na Białoruś.

— Nawieźliśmy towaru: misek, miseczek, pater i talerzy we wszystkich kolorach tęczy. Mamy nadzieję, że przyciągną dystrybutorów. Białoruś jest ważna, ale ważniejsze, że można w niej tanio produkować na potrzeby sąsiada, Rosji — mówił jeszcze w stolicy Białorusi szef Sagad-Plastu.

Obyczaje

Godzina 23.30, granica już blisko. Niebawem wjeżdżamy do hali montażowej. Robotnicy zaczynają zmieniać rozstaw kół. W wagonie — prawie pusto. Znajomy przedsiębiorca, który teraz na korytarzu pali papierosa, na Mazurach jest dyrektorem fabryki sklejki.

— Drewno kupowałem, jak zwykle — mówi zdawkowo, ale po chwili nachyla się i szepce:

— Wczoraj robiłem zdjęcia rezydencji Łukaszenki. Podeszła straż. Rzucili mnie na ziemię i skuli w kajdany.

Nie chce się w gazecie afiszować nazwiskiem, bo ta przygoda.... Z pomocą przyszła towarzyszka podróży — Białorusinka, pracownica jego firmy. Dzięki jej interwencji dyrektor uniknął większych nieprzyjemności.

Umundurowana straż graniczna wyprowadza z pociągu człowieka ze skrępowanymi rękami. Funkcjonariusz macha ręką: nie zbliżać się!

Celnicy pojawiają się nagle, szperają w przedziale. Co chwila zatrzymują wzrok na portrecie Łukaszenki. W końcu — odchodzą. Mijają 2 godziny. Pociąg ani drgnie. W pobliżu przedziału prowadnicy kręcą się jakieś typy. A potem bez żenady wchodzą do pustego przedziału i ładują kartony papierosów w podważoną wcześniej sklejkę na ścianie przedziału. Wagonowa z zapałem liczy plik banknotów... Na zegarku jest po drugiej.

Polską kontrolę paszportową witamy z ulgą. Koniec wyprawy blisko. Na korytarzu wspominamy początek.

Warszawa-Mińsk

Przedsiębiorcy — uczestnicy mińskiej wystawy narodowej Biznes Polska 2004 — na peronie Dworca Centralnego w Warszawie gromadzą się wokół tabliczki z napisem Polexpo Exhibitions, organizatora targów. Do odjazdu pociągu Warszawa-Mińsk zostało ponad pół godziny. Z tłumu słychać imiona, nazwiska i stanowiska dyrektorów handlowych, specjalistów ds. eksportu, kierowników ds. sprzedaży na Wschodzie... Gdzieniegdzie części do aranżacji stoisk targowych. W wystawie Biznes Polska 2004 miało wziąć udział 135 polskich wystawców z różnych branż: od spożywczej po górniczą i transportową.

Funkcjonariuszki białoruskiej kolei skrupulatnie odliczają pasażerów, wskazują przedział i miejsce. Prikaz zabrania opuszczania wagonu w czasie całej podróży. O 19.02 rozpoczyna się wyprawa na pierwszą od 5 lat polską wystawę narodową na Białorusi.

W kuszetkach po dwa piętrowe łóżka, pościel i koce w foliowych torbach, plastikowe atrapy kwiatów, kilimki na podłodze. Jak z epoki realnego socjalizmu. Ale schludnie. Prowadnica od wszystkich zbiera bilety.

— W Mińsku dostaniecie z powrotem — rzuca na odchodnym.

— Pani nas chce nagrywać? To nie pokój zwierzeń, może lepiej wyrzucić ten dyktafon? — pyta z uśmiechem Jacek Haręza-Brunet, koordynator ds. sprzedaży w Degerze, producencie ceramiki sanitarnej.

Roman Gaj, technolog, pełnomocnik dyrektora ds. systemów jakości, i Antonina Tomala, specjalista ds. importu-eksportu jadą na targi z raciborskiej firmy Ema-Brzezie, proponującej topniki spawalnicze. Na Białorusi spodziewają się znaleźć dystrybutorów.

Dorota Gąsiorowska, właścicielka łódzkiej firmy Galeria Kwadrat, na Białoruś wybiera się pierwszy raz — poszuka rynku zbytu na biżuterię artystyczną.

Zaczynają się wspominki z wcześniejszych podróży na Wschód.

— Podczas odpraw na wschodniej granicy trzeba mieć deklarację na samochód, czasem musi ją podbić notariusz. To, ile masz problemów, często zależy od tego, czy celnik zmienia auto, albo buduje dom — mówi Jacek Haręza.

Firma Deger z Rojewa z woj. kujawsko-pomorskim zaczęła eksportować 3 lata temu. Dziś jakieś 40 proc. produkcji wysyła za granicę — głównie do Rosji, Ukrainy i Litwy.

— W zeszłym roku wystawialiśmy na targach w Kijowie... Własnym sumptem. Ukraińską granicę przekraczaliśmy samochodem. Celnicy kazali zjechać na terminal. Formalności trwały kilka godzin, bo postanowiliśmy nie stosować „przyspieszaczy” — tu Jacek Haręza robi charakterystyczny gest palcami i dodaje:

— Do wyjazdu z Polexpo na Białoruś skusiła nas częściowa refundacja kosztów wystawienniczych z Ministerstwo Gospodarki i Pracy. A poza tym jedziemy teraz pociągiem...

Dlaczego Białoruś? Przecież można było choćby do Hanoweru albo innego Rzymu.

— Mamy tam już jednego odbiorcę... Do tej pory Białoruś zaopatrywała się w topniki na rynku ukraińskim. Tam jednak wzrosły ceny, więc warto poszukać dla siebie miejsca — wyjaśnia Roman Gaj.

A pogłoski o konfiskatach mienia na granicy, wielogodzinnych postojach, braku chętnych do ubezpieczenie transakcji?

— Trzeba się przekonać na własnej skórze... Ale tu są rynki zbytu! — przekonuje Dorota Gąsiorowska.

— System systemem, ale my, przedsiębiorcy na własnym, handlowym szczeblu dogadujemy się dobrze wszędzie. Także po rosyjsku. Wszyscy jesteśmy Słowianami i się rozumiemy, zwłaszcza jeśli chodzi o pieniądze... A poważnie: my coś pamiętamy ze szkół. Białorusini rozumieją polski. Znam i takich, co do nas przyjeżdżają i orientują się już z kim można ubić interes — dorzuca Jacek Haręza.

— To kraj trochę partyzancki. Dobrze mieć przy sobie „zapasowe” pieniądze, drobne na niespodziewane wydatki. Pewnie oni radzą sobie, jak kiedyś ludzie w Polsce: zarabiają 10 dol., a pozostałych 90 na życie szukają innymi sposobami — wtrąca Dorota Gąsiorowska.

Prowadnica krąży z butelkami białoruskiego piwa Baltica — za ruble albo dolary.

— To Baltica?! Nie wiedziałem, że oni też mają piwo w puszkach — dziwi się Roman Gaj.

Koło godziny 22 odwiedza nas mundurowa opiekunka i ospale zaczyna coś dukać.

— Co powiedziała? Co z tą toaletą? — ścisza głos Dorota Gąsiorowska.

— Trzeba iść do toalety teraz, bo podczas przekraczania granicy przez 2 godziny będzie zamknięta, kiedy będą przestawiać pociąg na szersze tory — odpowiada Jan Żabicki z „Rynków Zagranicznych”.

Granicę mamy przekroczyć koło północy.

— Już są! Wyciągajcie paszporty! — wykrzykuje Jacek Haręza (zerknął na korytarz).

Białoruscy funkcjonariusze przyglądają się twarzom, kiwają głowami i znikają z paszportami na pół godziny. Pojawia się za to kilku celników. Poganiają, by opuścić przedział. Dostrzegamy, jak podnoszą kuszetki.

Świt zastaje nas już na dworcu w Mińsku.

Mowa murów

Na placu przed dworcem Ludmiła Pacukiewicz, przedstawicielka Polexpo Exhibitions, rosyjskim akcentem wita polskich biznesmenów. Aż do widnokręgu biegnie dwupasmowa ulica o niecodziennej szerokości. Z okien hotelu Jubilejnaja nad rzeką Świsłocz widać, jak w rozkopach uwijają się robotnicy; nad nimi wznoszą się bloczyska: geometria rodem z lat 50, wizerunki wodzów na murach. Pomnik Zwycięstwa nadal płonie pochodnią na cześć victorii w II wojnie światowej. Inny monument oddaje hołd poległym milicjantom. Pomnik Uczestników Wojny Afgańskiej wystrzela do nieba na Wyspie Łez. Wszystko jak w zastygłym kilkadziesiąt lat temu kadrze.

Tylko McDonalds wygląda jak efemeryda w stołecznym centrum.

Sprawdzian

Wyjazd na wystawę do Centrum Biełexpo — o godzinie 10. Wszyscy stoją już przed hotelem. Odświeżeni; podróżne stroje zastąpiły garnitury i białe bluzki.

Gmach Biełexpo mieści się w centrum Mińska. Biało-czerwona tablica przy wejściu do budynku obwieszcza: „Biznes Polska 2004”. Przed południem z mikrofonów płyną dźwięki polskich melodii ludowych.

— Pamiętacie, jak witano u nas kiedyś na lotnisku sekretarzy partii? Chlebem, solą i melodią ludową! — śmieje się jeden z wystawców.

W końcu przy mikrofonie pojawiają się oficjele. Jerzy Karaim, prezes Polexpo Exhibitions, wita notabli, wystawców i zwiedzających. A potem parę słów mówią Uładzimir Siemaszko, wicepremier Białorusi i Mirosław Zieliński, polski wiceminister z MGiP. Od wicepremiera słyszymy i to, że w gospodarczych relacjach polsko-białoruskich jest fajnie, a będzie jeszcze lepiej. Ale nie tylko...

— Poczyniliśmy duże postępy w rozwoju gospodarki i podnoszeniu stopy życiowej obywateli — dziś średnia płaca wynosi 140 dol., w roku 2007 będzie ponad 5 razy wyższa — zapowiada z przekonaniem dostojnik.

Miejscowy kierowca, który nazajutrz ma zabrać dziennikarzy akredytowanych przy targach na wycieczkę po Mińsku, zarabia miesięcznie 100 dol. i żyje z rodziną w mieszkanku o powierzchni 28 mkw.

— Ta pensja to kropla w morzu. Każdy orze jak może, by na życie starczyło. Pani popatrzy w swoim hotelu... Na każdy z nich przypada po kilkadziesiąt prostytutek... — mówi z goryczą.

W Biełexpo roi się od znanych marek — PLL LOT, Polskie Autobusy, Dermika, Krośnieńskie Huty Szkła, Inco-Veritas, producent Ludwika, Ciech...

Jacek Bijakowski z wolbromskiego Fagumitu (fabryki węży gumowych i ze sztucznych tworzyw) udział w targach traktuje jak sprawdzian popytu. I Aleksandra Rogut, specjalista ds. eksportu w Gorsenii (producent bielizny) przed przyjazdem sondowała białoruski rynek.

— Większość produkcji eksportujemy na Zachód, Wschód jest jednak przyszłościowym kierunkiem. Gdyby teraz udało nam się usadowić na Białorusi, bylibyśmy o kilka kroków przed zagranicznymi konkurentami — wyjaśnia intencje swej firmy.

Sławomir Morawiec z firmy Kosz wraca na Białoruś po latach. Kiedyś się już — jak wielu innych — sparzył.

— Próbowaliśmy dłuższy czas. Kilku dystrybutorów powiedziało, że szanse na współpracę są nikłe, bo zaraz władze przyłożą im wysokie cła importowe na nasz produkt. Teraz pora na drugie podejście. Uparci jesteśmy, a nowy rynek kusi... — kwituje Sławomir Morawiec.

Są i tacy, który zamierzają ugruntować białoruską pozycję. W 2003 roku Marek Dobielewski ze wspólnikami otworzyli spółkę Giannorommani w podgrodzieńskim Diatłowie. Produkuje meble z rattanu. Z Białorusi firma eksportuje je do krajów dawnej Wspólnoty Niepodległych Państw.

— Procedury — skomplikowane, terminy — długie, choć urzędnicy są przychylnie nastawieni do inwestorów. Ale warto! Wszyscy widzą tylko Chiny, tam lokują produkcję, a tymczasem tuż za granicą Polski też przedsiębiorcom nie żyje się źle — zachęca Marek Dobielewski. I z uśmiechem dodaje:

— Ci, którzy chcą się tu pojawić, muszą być dobrze przygotowani. Napiszcie, by zgłosili się do nas po radę.

„Republika celna”

Biznes Polska na Białorusi polska strona urządza po raz piąty, ale to 30. tego typu impreza w cyklu w krajach byłego ZSSR — od 1992 roku. Pokazaliśmy się w Moskwie, Petersburgu, w Kazaniu, Rostowie... We wrześniu — pora na Ukrainę.

— Korzyści z targów? Firmy, które są na Białorusi pierwszy raz, mogą poznać rynek, bezpiecznie prowadzone są przez nas za rękę... Kiedyś sukcesem była sprzedaż jabłek czy ziemniaków na Białorusi. Teraz powinniśmy stawiać na obecność polskiego kapitału... Fakt, to nie takie łatwe. Bo zachęty dla inwestorów — z naszego punktu widzenia — pozostawiają wiele do życzenia. Trudno też być pewnym, co jutro przyniesie. Pieniądze można wydawać, jeśli ma się pewność, że wydatek się opłaci. A takiej pewności — na razie — na Białorusi nie ma — zachęca, ale i przestrzega Jerzy Karaim.

Wszystko, co obcy inwestor wybuduje, każda nieruchomość staje na państwowym gruncie. To oznacza, że nieruchomość jest na łasce i niełasce właściciela gruntu. I że pewnego dnia „ktoś” może wpaść i krzyknąć: „paszoł won”... I trzeba grzecznie spakować walizki?

Jerzy Karaim potakuje.

— A kontrole celne... Nie chciałbym w to wnikać... Z grubsza mówiąc: granica nie jest przyjazna dla biznesu. Nawet w pobliżu hotelu da się zobaczyć sklepy z rzeczami skonfiskowanymi na granicy. Konfiskaty mienia, można powiedzieć, stały się na Białorusi gałęzią gospodarki. Nadal jest też na przykład wiele pytań bez jasnej odpowiedzi — jak zawikłane problemy ze strefami ekonomicznymi — dopowiada Jerzy Karaim..

Ostatnio dekret Aleksandra Łukaszenki stanowi, że państwo może stać się właścicielem „złotej akcji” każdego przedsiębiorstwa, jeśli jakiś składnik jego majątku należał kiedyś do państwa. Może też nim zarządzać. Powody? Jak podała „Gazeta Wyborcza” — „obrona praw i wolności obywateli, zagwarantowania obronności i bezpieczeństwa państwa, poszanowania jego interesów ekonomicznych”. To de facto prawo wywłaszczenia firm.

Ale... W Wolnych Strefach Ekonomicznych Atrakcyjność „Witebsk”, „Grodnoinwest”, „Mogilew”’ „Brześć” przywilejem inwestorów jest ulgowe opodatkowanie (ograniczony wykaz podatków, preferencje podatkowe). Stawki są zróżnicowane w poszczególnych strefach.

Podobno 3 wystawców nie dojechało. Stoją na granicy? Prezes Polexpo kiwa głową:

— Różnie bywa... „Republika Celna” to tu państwo w państwie!

Za stołem

O godzinie 9 w hotelu zaczyna się seminarium o polsko-białoruskich dobrych chęciach.

W auli konferencję prowadzi Andrzej Szot, I radca ambasady polskiej. Wśród prelegentów m.in. Mirosław Zieliński, wiceminister w MGiP, Barbara Durka, dyrektor naczelny Instytutu Koniunktur i Cen Handlu Zagranicznego, Andriej Władimirow Sokołow, zastępca dyrektora w białoruskim departamencie ds. inwestycji Ministerstwa Gospodarki, Oleg M. Vonsiak z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

— Nie da się zupełnie szczerze przedstawiać sytuacji w obecności drugiej strony... Prawda jest taka, że zmiany — np. liberalizację postępowania na granicy, o których słyszeliśmy na seminarium — prezydent Łukaszenko chce wprowadzać, ale stopniowo. Mało słychać o konkretach. A barier ze strony Białorusi jest mnóstwo — mówi Andrzej Szot.

Co z tą granicą?

— Samochody osobowe są tu np. odprawiane jako środki transportu, gdzie w innych krajach traktuje się je jako majątek osobisty. Pod byle pretekstem celnicy konfiskują towary czy właśnie środki transportu. Przykład? W Polsce stosuje się numerację pieczątek, jeśli są jednobrzmiące, dla porządku i informacji, kto stemplował. Jednemu z polskich przedsiębiorców celnicy zatrzymali towar, bo dokumenty opatrzono pieczątkami z dwoma numerami. Uznano, że jeden z nich musi być fałszywy, co było podstawą oskarżenia Polaka o przemyt. Takie przypadki można mnożyć.

Z drugiej jednak strony...

— Wola ułatwień jest... A i polscy przedsiębiorcy nauczyli się tu jakoś sobie radzić. Wskazuje na to choćby przykład zakładów mięsnych Inko Food z Wolnej Strefy Ekonomicznej w Brześciu. Firma zainwestowała tam ponad 5 mln dol. w produkcję, która trafia na eksport do Rosji — ze sporym zyskiem. Zachętami są np. obniżone stawki podatków w specjalnych strefach ekonomicznych, okresy karencji w opłatach. Na Białorusi Polacy muszą być! To rynek, który daje masę możliwości. Patent Inko Food na biznes daje efekty! Czemu nie pójść w ślady tej firmy? — Andrzej Szot widzi światło w tunelu.

Na Białorusi jest 30 tys. małych i średnich przedsiębiorstw. W Polsce — około 4 mln.

Lepiej i gorzej

Godzina 15.00 na Biełexpo.

Anna Skowron z Degera kończy dyskusję — po rosyjsku — z jakiś jegomościem.

— Jeśli nam się uda sfinalizować to, co ustaliliśmy — będziemy bardzo zadowoleni. Jutro jedziemy do klienta: ma trzy salony w Mińsku, inne trzy otwiera. Drugi klient przyjedzie do nas do Polski. To znani w branży partnerzy, więc ryzyko mniejsze... Koło i Cersanit już tu są, przyszedł czas na nas — opowiadała z satysfakcją.

— Skolka eta stajet? — krzyczy niewyraźnie, prosto w ucho jakiś przechodzień.

Roman Gaj i Antonina Tomala siedzą spokojnie w swoim stoisku.

— Ciężki rynek, ale jakieś nadzieje mamy. Było kilku zainteresowanych. Prześlemy im ofertę. Co z tego wyjdzie? Nie wiem... — zastawia się Roman Gaj.

Trzecia „znajoma z pociągu” — Dorota Gąsiorowska — wydaje się zawiedziona. Zabiera się do pakowania biżuterii.

Dochodzi 18.00, więc dzień targowy ma się ku końcowi. Dołącza do nas Marek Socha z mińskiej ambasady RP.

— Szans nie mają tu towary masowo produkowane na Białorusi. Ich import wiąże się z wysokimi cłami, nawet karami. Łukaszenko groził... — wzdycha.

Dorota Gąsiorowska wtrąca:

— Chyba każda rzecz tu jest przeszkodą. Na import wyrobów z metali szlachetnych trzeba licencję, a za nią się słono płaci!

Marek Socha:

— Mnie się wydaje, że jeśli eksport, to na Rosję z Białorusi. Zatrudnić tu ludzi, ale sprzedawać na rynek rosyjski. O, to jest wyjście!

Dorota Gąsiorowska jutro zrobi sobie wycieczkę po mińskich galeriach, sklepach. Próbować trzeba.

A nuż się uda?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marta Biernacka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu