Wszystko z myślą już o październiku

opublikowano: 04-06-2019, 22:00

Rekonstrukcja Rady Ministrów zaledwie 4,5 miesiąca przed wyborami do Sejmu i Senatu, które odbędą się przypuszczalnie 20 października (termin najbardziej realny z kilku wariantów), to z punktu widzenia teorii zarządzania operacja wręcz niewskazana.

Rekonstrukcja rządu ograniczyła się do zmian wymuszonych – z wyjątkiem resortu finansów – odejściem ministrów na europosłów.
Zobacz więcej

Rekonstrukcja rządu ograniczyła się do zmian wymuszonych – z wyjątkiem resortu finansów – odejściem ministrów na europosłów.

Dlatego zmiany w ekipie Mateusza Morawieckiego ograniczyły się do koniecznego minimum — obsadzenia foteli opróżnionych przez ministrów wybranych do Parlamentu Europejskiego. Wyjątkiem stała się zmiana ministra finansów, której poświęcamy odrębny tekst obok. Teresa Czerwińska jednak od wielu tygodni nie ukrywała zamiaru odejścia, bo już nie wytrzymywała traktowania kasy państwa przez obecnych władców. Naiwnie postawiła sobie za cel równoważenie budżetu, tymczasem została przymuszona do dostarczania wsadu do kolejnych kiełbas wyborczych, wypuszczanych z partyjnej masarni tzw. piątkami przez Jarosława Kaczyńskiego.

Opuszczonymi ministerstwami oczywiście ktoś musi do końca kadencji administrować. Kontekst wyborczy jednak sprawił, że nie zostali naturalnie awansowani na ministrów konstytucyjnych dotychczasowi sekretarze stanu. Tak byłoby najprościej, wszak przez 4,5 miesiąca szefowie resortów będą jedynie kontynuowali rozpoczęte projekty. Głównym kryterium kadrowym okazał się jednak efekt wizerunkowy obliczony na wybory. Decydentem absolutnym i jedynym był Jarosław Kaczyński. Nie mieli szans kandydaci proponowani nie tylko przez odchodzących ministrów, lecz nawet przez… samego premiera. Na decydującym odcinku walki PiS o samodzielną większość w Sejmie następnej kadencji prezes chciałby podnieść skuteczność komunikacji z wyborcami, a może również z mediami spoza kręgu klakierów.

Kapitalnym przykładem jest obsada Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Przecież posłanka Elżbieta Witek nie ma o jego trudnej specyfice bladego pojęcia, ale jako kobieta bądzie starała się społecznie ocieplić wizerunek choćby policji. Służbami i tak będzie nadal rządził Jarosław Zieliński, sekretarz stanu, który na zewnątrz wypada fatalnie. Premier widziałby np. Piotra Pogonowskiego, obecnego szefa ABW, ale prezes taki pomysł wykluczył i Mateusz Morawiecki musiał gorzko przełknąć zauszniczkę Beaty Szydło. Niełatwy resort edukacji objął poseł Dariusz Piontkowski, który problemy oświaty zna z poziomu komisji Sejmu i w oczach nauczycielskich związkowców nie jest wprost kojarzony z minister Anną Zalewską. Z kolei w resorcie rodziny i pracy mimo polecenia przez Elżbietę Rafalską naturalnego następcy nie miał szans wiceminister Stanisław Szwed — prezes nakazał obsadzenie tego szczególnego resortu przez kobietę, stąd nominacja dla Bożeny Borys-Szopy.

Znaczenie wyłącznie prestiżowe ma podniesienie rangi funkcjonariuszy kancelarii premiera. Jacek Sasin, wieloletni zaufany człowiek prezesa, będący jego uchem na stanowisku szefa Stałego Komitetu Rady Ministrów, wzbił się z poziomu sekretarza stanu aż na wicepremiera. Michał Dworczyk zaś, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zasłużył sobie u samego premiera na podniesienie rangi z sekretarza stanu na konstytucyjnego ministra. Oba awanse mają znaczenie głównie dla samych beneficjentów — zdecydowanie podnoszą ich pozycje w relacjach z resortowymi ministrami konstytucyjnymi. Takie mechanizmy drobnych gierek funkcjonują w każdym systemie i na każdym dworze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu