Wybierz negocjacje, a nie konfrontację

Mirosław KonkelMirosław Konkel
opublikowano: 2017-02-12 22:00

Kariera i praca Nie chodzi o to, by partnerowi udowodnić swoją wyższość, ale żeby go do siebie przekonać

Pewien człowiek zasadził pomarańczowe drzewko tuż przy działce innego rolnika. Gdy dojrzał pierwszy owoc, nocny wiatr strącił go na poletko sąsiada. Właściciel drzewka twierdził, że skoro o nie dbał i je pielęgnował, pomarańcza należy do niego. Drugi gospodarz odpowiedział: „Owoc leży na mojej ziemi, więc jest mój”. By rozwiązać spór, mężczyźni spotkali się w sądzie w towarzystwie swoich adwokatów. Każdy prawnik dowodził, że to jego klient ma pełne prawa do pomarańczy. Sędzia zapytał właściciela drzewka, co zrobiłby z owocem.

PRZEPIS:
PRZEPIS:
Opanować emocje swoje i kontrpartnera, stosując mechanizm akceptacji — bez tego trudno przeprowadzić skuteczne negocjacje — mówi Krzysztof Sarnecki, zawodowy negocjator, trener i prezes Quest Change Managers.
Marek Wiśniewski

„Chciałem z niego wycisnąć sok, bo cierpię na niedobór witaminy C” — padła odpowiedź. Potem sędzia zagadnął drugą stronę. Zapytany poinformował, że chciał skórkę od pomarańczy położyć na piecu, by po domu roznosił się miły zapach. Wyjęta z książki Reinharda Lindnera „Menedżer samuraj” historyjka pokazuje, że na daną sprawę warto spojrzeć czyimiś oczami. To pozwoli nam wczuć się w sytuację partnera, osiągnąć wewnętrzny spokój i znaleźć rozwiązanie dobre dla obu stron. Tymczasem agresywne upieranie się przy swoich racjach zamyka drogę do porozumienia.

Zaprogramowani przez historię

W Polsce przeważa podejście konfrontacyjne. Rozmówca, klient, szef to nie tyle partner, ile ktoś, komu chcemy udowodnić, że się myli. Co do tego nie ma wątpliwości Michał Drzyżdżyk, właściciel i prezes firmy Laris Hotels. Według niego, ciągle nie umiemy oddzielać osoby od problemu i zrozumieć, że zwycięskie negocjacje to te, w których wygrywają obie strony.

— Samo słowo „negocjacje” powoduje u nas szybsze bicie serca, podnosi ciśnienie, stres. Wolę więc zamienniki: spotkanie, rozmowa, dyskusja — twierdzi Michał Drzyżdżyk.

Wojciech Dutkiewicz, prezes firmy Mostva, dodaje, że wygrać pojedynek na argumenty to jedno, a pozyskać zaufanego partnera to coś zupełnie innego. — Czasem lepiej się wycofać, okazać powściągliwość. Nikt nie lubi być pokonany. Osoba, której wykażemy swoją wyższość, raczej nie stanie się naszym sojusznikiem — mówi prezes Dutkiewicz. Dlaczego jesteśmy tacy nieustępliwi, wywołujemy antagonizmy i zrażamy do siebie rozmówców? Krzysztof Sarnecki, zawodowy negocjator, konsultant strategiczny, przedsiębiorca i prezes Quest Change Managers, łączy to z polskimi uwarunkowaniami historycznymi i kulturowymi: jesteśmy społeczeństwem, które cechuje ogromny brak zaufania do człowieka i instytucji. Mówi, że nasze postrzeganie komunikacji negocjacyjnej wynika też z braku edukacji w tej dziedzinie. Aby to sobie uzmysłowić — kontynuuje trener negocjacji — wystarczy zapytać: w której klasie szkoły podstawowej uczyliśmy się komunikacji? Jeśli ktoś odpowie, że w każdej, ekspert drąży dalej: czy ktoś z nas, ludzi dorosłych, przerabiał na lekcji zagadnienia „kreatywne rozwiązywanie problemów”, „rozwiązywanie konfliktów” bądź „reagowanie na agresję”? Takich tematów nie było — stwierdza. A skoro tak, skąd mamy czerpać tę wiedzę? Z życia?

— Na zasadzie analogii: wyobraźmy sobie, że trygonometrii, fizyki, angielskiego również uczylibyśmy się z życia. Podobnie jak jazdy samochodem. Do czego by to nas doprowadziło? Czy w haśle „z życia” nie dostrzegamy ubóstwa efektów? — wskazuje Krzysztof Sarnecki. Problem dotyczy nawet osób, które z powodów zawodowych powinny być mistrzami komunikacji.

— Osiągnięcie biegłości w komunikacji decyduje o sukcesie prawników. Pytam więc uczestników warsztatów negocjacyjnych, ile zajęć z negocjacji w czasie studiów mają przyszli prokuratorzy, adwokaci, sędziowie. Gdy podaję prawidłową odpowiedź: zero, na ich twarzach maluje się zdziwienie — opowiada prezes Sarnecki.

Z czego wynika to, że zawodowy negocjator jest skuteczniejszy od statystycznego Kowalskiego? Wyobraźmy sobie, że w czasie rozmowy biznesowej ktoś nas atakuje, nie przebierając w słowach. Znamy jego wybuchowy charakter, skłonność do kłamstw, obrażania i oczerniania. Spotkało to nas już wielokrotnie, ale tym razem agresja sięgnęła zenitu. Najgorsze, że to nasz klient, którego utrata odbiłaby się na wynikach firmy. Co zrobić? Jaka reakcja będzie właściwa?

— Dojrzały negocjator nie zacznie od reakcji obronnej, od emocji. Zacznie od zadania sobie pytania: do czego powinienem dążyć? Jaki jest najlepszy z możliwych scenariuszy? A w związku z tym — jaki powinien być mój cel? Dopiero wtedy podejmie decyzję, jak się zachować — tłumaczy Krzysztof Sarnecki.

Jeśli nie obrona, to co?

Chcemy chronić swoją godność, więc odpowiednią reakcją wydają się słowa: „Jak się pan zachowuje?! Dlaczego pan nas obraża?! To, co słyszę o sobie, jest nieprawdą! To karygodne!”. Łatwo jednakprzewidzieć rozwój wypadków, gdy zakwestionujemy przekaz rozmówcy — konflikt się pogłębi, jego zdenerwowanie wzrośnie, budowane przez lata zaufanie rozsypie się niczym domek z kart.

A co ze współpracą? W najlepszym razie będzie obciążona negatywnymi odczuciami i wspomnieniami. Prezes Sarnecki proponuje coś lepszego niż obrona lub atak: postawienie na swoją wewnętrzną wartość, co wyklucza to, że inni będą decydowali o naszej samoocenie i samopoczuciu.

— Jeśli zdam sobie sprawę, że zachowanie klienta nie definiuje mnie, mojego zachowania i systemu wartości, będzie mi łatwiej zdystansować się do sytuacji i opanować emocje — zapewnia trener biznesu. Przypomina, że pierwsza zasada pięciopunktowego „przepisu na udane negocjacje” Williama Ury’ego, autora bestsellerowej książki „Odchodząc od NIE”, brzmi: Opanować własne emocje! Jeżeli do sytuacji podejdziemy na zimno — podkreśla — nasz spokój udzieli się rozmówcy. Rozbroimy jego napięcie, gniew. Opanowanie emocji drugiej strony to punkt drugi wspomnianej recepty Williama Ury’ego. Przykład komunikacji bez antagonizowania?

— Stając na wprost klienta, z otwartymi dłońmi, patrząc mu w oczy, mówimy zdecydowanym głosem: „Słyszę, że wydarzyło się coś, co pana bardzo zdenerwowało. Nie wiem, o co chodzi, jednocześnie rozumiem, że ma pan bardzo silny powód do irytacji. Czy może pan mi powiedzieć, o co chodzi? — radzi Krzysztof Sarnecki.

Ten komunikat adresowany jest do najstarszej części naszego mózgu, zwanego mózgiem pierwotnym, na który składają się mózgi gadzi i limbiczny — rządzi się ona własnymi prawami, trudno poddaje się kontroli świadomości, dominuje w chwilach zagrożenia, stresu.

— Co się dzieje, gdy mózg pierwotny, jedyny odbiorca sygnałów w momencie wzburzenia, słyszy — a raczej odczuwa — informację: „Akceptuję stan, w którym znalazłeś się, drogi kliencie”? Taki przekaz jest dla gadziego mózgu równoznaczny z odwołaniem alarmu. A gdy się wycisza, uspokaja, rządy przejmuje mózg współczesny, logiczny. Powraca racjonalność — mówi prezes Sarnecki.

Rozbrojony naszą akceptacją stanu klienta przyznaje on, że miał powód do irytacji. Zaczyna opowiadać, co wytrąciło go z równowagi. Jeśli usłyszy od nas: „Teraz rozumiem i panu się nie dziwię”, zapewne da się udobruchać. Nasze negocjacje wejdą na właściwe tory.