Wybory blisko, sięgamy do kieszeni

Na wyborach samorządowych w tym roku zarobi Facebook. Jeśli kandydaci odrobią lekcję z trendów

Oficjalne kampanie wyborcze jeszcze nie wystartowały, a już zrobiło się gorąco. Jak bardzo — wiedzą ci, którzy śledzą Twittera i wywiady telewizyjne kandydatów na prezydentów Warszawy. To jest właśnie ten moment — politycy, członkowie partii, aktywiści społeczni oraz ci mieszkańcy swoich małych ojczyzn, którzy wiedzą (lub nie), czego potrzeba im i ich sąsiadom na kolejne pięć lat, powinni zacząć sprawdzać możliwości domowych budżetów i, ewentualnie, budżetów „przyjaciół”. Jeśli z biernego prawa wyborczego w głosowaniu skorzysta tyle samo osób, ile cztery lata temu, jesienią Polacy wybiorą lokalnych reprezentantów spośród około kilkuset tysięcy osób — wynika z szacunków Roberta Stępowskiego, autora książki „Jak wygrać wybory samorządowe 2018?”, eksperta ds. marketingu terytorialnego.

Zobacz więcej

AGITACJA W SIECI: W tym roku kandydaci w wyborach samorządowych powinni postawić głównie na promowanie się w sieci — radzą eksperci. Tam też zostawią pewnie dużą część swoich budżetów na kampanie, ale nie wszyscy przecież korzystają z mediów społecznościowych. Fot. Marek Wiśniewski

Co się zmieni — poza nową ordynacją wyborczą? Cztery lata to epoka świetlna dla trendów, jakie obowiązują w wyborczym marketingu — plakaty i billboardy nie mieszczą się w smartfonach. Zdaniem eksperta, w budżecie wyborczym kandydata aż 40-45 proc. powinno być przewidziane na promocję w internecie, a stosunkowo mniej na tradycyjne formy promocji, np. reklamę w lokalnej telewizji albo prasie czy na ulotki.

— Postawiłbym przede wszystkim na obecność w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Facebooku. Twitter będzie odgrywał istotną rolę tylko w największych miastach — mówi Robert Stępowski.

Na liście popularnych narzędzi komunikacji jest też Snapchat, ale korzystają z niego głównie nastolatki. Jedna rzecz się nie zmienia — na czele najskuteczniejszych, ponadczasowych technik marketingowych jest kampania szeptana — podkreśla ekspert.

Poza wykupieniem kampanii promocyjnej na portalu Zuckerberga (specjalny algorytm zwiększa wówczas zasięg postów) rekomenduje kandydatom zatrudnienie specjalnej agencji PR „albo co najmniej zmobilizowanie rodziny i znajomych” do publikowania pozytywnych komentarzy na swój temat. Wykorzystują to dzisiaj liczne firmy, np. producenci kosmetyków, których rzekomo zachwycone „klientki” w mediach społecznościowych publikują komentarze o działającym cuda kremie przeciwzmarszczkowym. Jeśli kandydat ma rzeczywiste poparcie i jest dobrze oceniany — nie zapłaci nic. W przeciwnym wypadku wyda niemało na agencję, która zatroszczy się o „spontaniczne” dobre opinie.

— Właśnie takim rekomendacjom wierzymy najbardziej, nie klasycznej reklamie — twierdzi Robert Stępowski.

Ile będą kosztować kampanie wyborcze? Kandydaci sięgają po pieniądze najczęściej do własnych budżetów. Kandydat na wójta, burmistrza, prezydenta może wydać maksymalnie 0,60 zł na mieszkańca, natomiast w miastach ponad 500-tysięcznych na każdego mieszkańca powyżej tego progu już tylko 0,30 zł. Pretendenci do rad gmin i dzielnic — od 1-1,2 tys. zł, kandydaci do rad powiatów — 2,4 tys. zł, a sejmików wojewódzkich — 6 tys. zł. Wielu z nich zwróci się do swoich sympatyków (wpłat na kampanię mogą dokonywać tylko osoby fizyczne).

— Osoby wspierające kandydatów też są objęte limitami. Jeden sympatyk nie może przelać na konto pojedynczego komitetu wyborczego więcej niż 15-krotność minimalnej pensji, czyli obecnie około 31 tys. zł, ale jest to często obchodzone poprzez tzw. słupy — mówi Robert Stępowski, dodając, że nie wszyscy kandydaci wykorzystają maksymalne limity, na jakie pozwala im prawo.

Mnożąc potencjalne wydatki na kampanie przez liczbę kandydatów — łączną, maksymalną, wartość budżetów wyborczych kandydatów możemy oszacować na dziesiątki, a nawet setki milionów złotych.

— Warto podkreślić: wszystkie wydatki na działania związane z agitacją wyborczą musząbyć rozliczone poprzez konto bankowe komitetu wyborczego, które może zostać założone dopiero po zarejestrowaniu komitetu. Nie ogłoszono jeszcze terminu wyborów, więc, zgodnie z prawem, nie można rejestrować komitetów, posiadać konta i rozliczać kampanii, a ta trwa przecież w najlepsze — sztandarowym przykładem jest Warszawa. Znak, że kandydaci już ponoszą wydatki, często niemałe, które nigdy nie zostaną oficjalnie rozliczone, a więc nigdy nie dowiemy się, ile oficjalnie wydali na kampanię — mówi Robert Stępowski.

Czy jest możliwe, żeby przedwyborcze dyskusje były merytoryczne, a nie polityczne? Ekspert nie ma wątpliwości: raczej nie. Nie unikniemy też kiełbasy wyborczej i populistów. A co najgorsze — łamania prawa albo balansowania na jego cienkiej granicy.

— Zdecydowanie naganna, a jednocześnie budząca pokusę w komitetach wyborczych i kandydatach, jest chęć „kupowania głosów” podczas wyborów. Wielokrotnie takie działania były w poprzednich wyborach udowodnione, choć zapewne nie wszystkie. Najczęściej kandydaci starają się kupić głosy tanio — za butelkę alkoholu albo jej równowartość. Nie ma to nic wspólnego z prowadzeniem rzetelnej kampanii wyborczej — jest niezgodne z prawem i naganne etycznie — dodaje Robert Stępowski.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksandra Rogala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Wybory blisko, sięgamy do kieszeni