W tych dniach dopinane są listy kandydatów, ostatecznie rozstrzyga się, kogo partyjni liderzy zabierają na pokład zbawczej arki, a kogo już w tej fazie strącają w otchłań. Trwa również zbieranie podpisów poparcia wyborców dla list kandydatów. Wymagane przez kodeks wyborczy bariery podpisowe – 5 tys. pod okręgową listą do Sejmu, 2 tys. pod kandydaturą do Senatu w okręgu jednomandatowym – dosyć łatwo przeskoczą komitety duże, natomiast wiele mniejszych się rozbije. Notabene na liście Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) znalazło się już… 41 podmiotów chętnych do wystawienia kandydatów. Bardzo nieliczne mają formę jednorazowego komitetu wyborczego wyborców (KWW), te zamierzają zgłosić konkretnego kandydata do Senatu. Absolutna większość politycznej drobnicy to jednak komitety wyborcze (KW) partii zarejestrowanych sądownie. Absurdalne są zatem niektóre nazwy takich partyjnych KW: Bezpartyjni, Antypartia, Bezpartyjni Samorządowcy… Finansowo to jednak nie paradoks, albowiem jeśli jacyś „bezpartyjni” cudem zdobędą 3 proc. ważnych głosów, to do Sejmu oczywiście nie wejdą, ale przez całą kadencję 2023-27 płynęła będzie na konto ich kanapy subwencja z budżetu. Tak oto – przetwarzając klasyka Karola Marksa – byt kształtuje partyjność…
PiS nie dopuszcza myśli, że zdobywając pierwsze miejsce nie uzyska już w Sejmie samodzielnej większości. Zamiast 235 mandatów, jak to zdarzyło się w latach 2015 i 2019, tym razem po przeliczeniu ustabilizowanych sondaży wychodzi 210-215 posłów i nie chce więcej. Walczący o utrzymanie władzy absolutnej Jarosław Kaczyński wykonał w piątek uderzenie wyprzedzające i zaraz po przeforsowaniu referendum z wyborami na 15 października ogłosił jednolite hasło – Bezpieczna Przyszłość Polaków (BPP). To sprytny chwyt, zamiar PiS zdefiniowała Beata Szydło słowami „wybory wygrywa ten, kto umiejętnie narzuca tematy”. Wypada zatem oswoić się z nowym w szerokiej przestrzeni publicznej skrótem BPP (od lat to nazwa pewnej grupy edukacyjnej, ale znana branżowo). Taktyka PiS zmierza do zepchnięcia obligatoryjnych konstytucyjnych wyborów na drugi plan i wysunięcia na pierwszy narzuconego, epizodycznego referendum. Zapewne będzie mocno promowana sugestia, aby wyborca w kabinie najpierw postawił cztery krzyżyki NIE na kartce referendalnej – oczywiście jeśli w ogóle ją pobierze – a potem przekopiował to poparcie dla PiS na kartkę sejmową oraz senacką.
W tym kontekście staje się ciekawe, jak kwestię kolejności rozstrzygnie PKW. Na każde wybory czy referendum uchwala bardzo obszerne tzw. wytyczne dla komisji obwodowych, będące aktem wykonawczym wobec kodeksu wyborczego. Wytyczne doprecyzowują proceduralnie wiele zapisów kodeksowych, a także regulują techniczne kwestie pominięte. Wśród wielu punktów PKW zawsze ustala dla głosowań, w których wyborca wrzuca więcej niż jedną kartkę (czyli w parlamentarnych oraz samorządowych), kolejność sporządzania przez komisje protokołów, czyli liczenia. W wyborach parlamentarnych od początku III RP obowiązuje oczywista kolejność: najpierw liczony jest Sejm, a potem Senat, tak PKW zapisała to m.in. ostatnio w 2019 r. Ale teraz pierwszy raz w dziejach Polski zbiegną się w urnach dwa strumienie odrębnych bytów prawnych. Mam nadzieję, że PKW w wytycznych wpisze referendum oczywiście na pozycji trzeciej, dopiero po priorytetowym policzeniu Sejmu i Senatu. To niby zapis czysto techniczny, kompletnie nieważny dla milionów głosujących, ale jednak będzie ważnym sygnałem, że państwowy organ uczciwie trzyma się konstytucyjnej hierarchii. Bo PiS właśnie kombinuje jej obalenie…

