Jej tour ma przede wszystkim charakter promujący nadchodzące w długi weekend 6-9 czerwca (to już niecałe cztery miesiące) wybory do PE i teoretycznie ma wpłynąć na lepszą frekwencję. Jest z nią duży problem, ponieważ od wprowadzenia bezpośrednich eurowyborów w 1979 r. – czyli jeszcze w epoce Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – obywateli wielu państw członkowskich PE wciąż mało interesuje. W ostatnim głosowaniu w 2019 r. frekwencja ogólnounijna wyniosła 50,66 proc., czyli ledwie przekroczyła połowę. W poszczególnych państwach była bardzo zróżnicowana – w Belgii 88,47 proc. (ale tam istnieje prawny obowiązek głosowania), Luksemburgu 84,24 proc., natomiast na drugim biegunie w Słowacji tylko 22,74 proc. Generalnie większe zainteresowanie wyborami do PE wykazuje stara UE, chociaż są wyjątki. Na przykład w Holandii, należącej do twardego jądra założycielskiego i współtworzącej z dwoma liderami triadę Be-Ne-Lux, głosowało zaledwie… 41,93 proc. uprawnionych.
Polska z ostatnim wynikiem 45,68 proc. sytuuje się poniżej średniej. Przy czym owa frekwencja z 2019 r. relatywnie została uznana i tak za… znakomitą. Tuż po naszej akcesji do UE zaczynaliśmy w 2004 r. od bardzo marnego wyniku 20,87 proc., potem co pięć lat ciut większe zainteresowanie falowało – 24,53 oraz 23,83 proc. – dlatego skok w 2019 r. był zaskakujący. Wbrew nadziejom eurokratów, przyczyną absolutnie nie był wzrost poczucia wspólnotowej obywatelskości, lecz wmontowanie wyborów do PE do krajowych starć politycznych. Kalendarz zdecydował, że w 2019 r. były one poligonem wyprzedzającym o kilka miesięcy wybory do Sejmu i Senatu, zatem partie i ich elektoraty dokonały rozpoznania bojem. Obecnie sytuacja jest odwrotna, główna bitwa już się rozegrała 15 października 2023 r., zatem głosowanie 9 czerwca 2024 r. będzie tylko suplementem i frekwencja w Polsce może znowu nieco siąść. Wybory będą bardzo ważne czysto personalnie dla kandydatów, zwłaszcza po stronie PiS, ponieważ wielu czołowych dotychczasowych władców po odpiłowaniu od stołków chciałoby się przesiąść na pięć lat do Brukseli/Strasburga, aby odkuć się finansowo w pełni zgodnie z prawem. Co sprytniejsi oczywiście starają się coś tam jeszcze dorobić na boku, klasykiem gatunku stał się np. euroweteran Ryszard Czarnecki.
Gdyby Roberta Metsola zawitała 20 lutego, trafiłaby idealnie w sam szczyt protestów polskich rolników. Trwają cały czas, ale właśnie w nadchodzący wtorek nastąpi ich kulminacja, z masowymi blokadami drogowymi. W Polsce żądania protestujących są nieco rozszerzone w stosunku do rolników z Europy Zachodniej, ponieważ dochodzi wątek zamknięcia granicy z Ukrainą dla napływu równie tanich, co marnych jakościowo produktów rolnych. Hasłem wspólnym w całej UE jest natomiast żądanie wycofania się z tzw. Europejskiego Zielonego Ładu, skokowo podnoszącego koszty produkcji rolnej. Zderza się ono z generalną linią polityczną instytucji Unii Europejskiej, które program przestawienia gospodarki naszego kontynentu do 2050 r. na zeroemisyjną uczyniły dogmatem. PE jest bezpośrednio odpowiedzialny mniej za sytuację na granicy unijno-ukraińskiej, natomiast za pakiet zielonych dyrektyw i rozporządzeń – jak najbardziej. Trzeba jednak pamiętać, że akurat Roberta Metsola realnym decydentem będzie formalnie tylko do 30 czerwca, zaś jej szanse na objęcie tego samego stanowiska w lipcu, na starcie kadencji 2024-2029, są iluzoryczne. Wszystko zależy od podziału kadencji na dwie połówki po 2,5 roku przez największe międzynarodówki partyjne i ustaleniu, która fotel przewodniczącego PE obsadza jako pierwsza. Dlatego tour Roberty Metsoli ma charakter nie tylko profrekwencyjny, lecz także pożegnalny.

