Konfrontacyjne wybory parlamentarne na Węgrzech wywoływały zrozumiałe zainteresowanie w całej Europie, a także w USA. Ostra kampania trwała jeszcze w dniu głosowania, jedynym ograniczeniem było zachowywanie odległości 150 metrów od lokalu wyborczego. Na Węgrzech nie przeprowadza się badań exit poll, zatem pierwsze realne dane zaczęły się pojawiać po godzinie 20. Głosy korespondencyjne oddane za granicą muszą spłynąć najpóźniej w czwartym dniu po wyborach, zatem ostateczny wynik i przydział mandatów w parlamencie będzie oficjalnie znany dopiero w sobotę, 18 kwietnia. A ważny jest naprawdę każdy mandat.
Jak głosował węgierski wyborca
Zgromadzenie Narodowe (Országgyűlés), czyli jednoizbowy parlament Węgier, liczy 199 posłów. Na czteroletnią kadencję wyłonione zostało 12 kwietnia 2026 r. w jednej turze. 106 deputowanych wybranych zostało zwykłą większością w jednomandatowych okręgach wyborczych, a pozostałych 93 – z ogólnokrajowych list partyjnych. Przy podziale tej drugiej puli mandatów obowiązywał próg 5-procentowy (dla koalicji wyższy – 10 oraz 15 procent), stosowana jest znana od XIX wieku proporcjonalna metoda przeliczeniowa Victora D’Hondta, kolejnych największych ilorazów. Wyborca oddawał dwa głosy: jeden na konkretnego kandydata w okręgu jednomandatowym, a drugi na partyjną listę ogólnokrajową, tu już bez nazwisk. W praktyce 99 proc. wyborców oczywiście w obu swoich głosach popierało tę samą opcję, chociaż zdarzały się wyjątki. Zróżnicowana była sytuacja wyborców z zagranicy – utrzymujący adresy w kraju czy będący w podróży głosowali w ambasadach i konsulatach Węgier zwyczajnie, natomiast diaspora powiązana z krajem już jedynie duchowo – tylko korespondencyjnie na odpersonalizowane partyjne listy ogólnokrajowe.
Zobacz debatę Pulsu Biznesu na temat węgierskich wyborów
Ordynacja zawierała miny i pułapki
W odniesieniu do polskich realiów ordynacja była zatem mieszanką. Jednomandatówki to jak nasze wybory Senatu, zaś część proporcjonalna podobna do wybierania Sejmu, chociaż o mandatach decyduje wyłącznie kolejność ustawienia kandydatów przez daną partię na jej liście. W wielu szczegółach węgierska ordynacja zawiera jednak miny i pułapki, które mogły nieco wypaczyć czysto arytmetyczne wyniki uzyskane w urnach. Viktor Orbán wielokrotnie forsował różne zmiany, dopasowując przepisy wprost do interesów Fideszu. Możliwa była szeroko zakrojona turystyka wyborcza, a nawet głosowanie korespondencyjne za zmarłych. Rejestr wyborców nie jest na bieżąco weryfikowany, zatem rodziny mogły wysyłać głosy osób już od kilku lat nieobecnych wśród żywych.
Viktor Orbán zabezpieczał się przed utratą władzy
Wszechwładny od 16 lat premier Węgier maksymalnie zabezpieczał się przed utratą władzy. Najważniejsze dla niego stało się asymetryczne przemodelowanie mapy jednomandatowych okręgów wyborczych. Ostatnia bardzo daleko idąca zmiana przeforsowana została w grudniu 2024 r., gdy opozycyjna TISZA prowadziła już w sondażach. Rządząca ekipa Fideszu z KDNP bez pytania Narodowego Biura Wyborczego zmieniła aż 39 ze 106 okręgów jednomandatowych. Najbardziej jaskrawa korekta dotknęła stolicę i jej otoczenie. Miastu Budapeszt zmniejszono liczbę mandatów z 18 do 16, natomiast w otaczającym metropolię województwie (komitacie) Peszt wzrosła ona z 12 do 14. Budapeszt pozostaje tradycyjnym bastionem opozycji, w 2022 r. zdobyła ona aż 17 z 18 mandatów, chociaż w skali kraju to Viktor Orbán pewnie wygrał. Zagrywka władcy z wrażym mu Budapesztem to tylko wierzchołek góry lodowej. W całym kraju celem zmian było wchłanianie dzielnic i miejscowości silnie opozycyjnych do większych, w których Fidesz miał przewagę. Taki nieuczciwy zabieg miał rozwadniać i neutralizować głosy oddawane na kandydatów opozycyjnych, jednocześnie zwiększając szanse ekipy rządzącej. To klasyczny znany z USA tzw. gerrymandering, czyli przerzucanie wyborców niczym jakichś ulęgałek z kosza do kosza. W wersji węgierskiej brzmi to po prostu – orbánomandering.
W 28 okręgach wyborczych prawdziwa bitwa
W 78 spośród 106 wynik był sondażowo pewny i TISZA lub Fidesz wygrały w nich bez problemu. Natomiast 28 okręgów miało status bitewny, czyli było odpowiednikiem słynnych siedmiu czy ośmiu swingujących stanów w USA, rozstrzygających o wynikach wyborów prezydenckich. TISZA generalnie wygrała te okręgowe bitwy oraz całe wybory. W niektórych okręgach finalna różnica między zwycięzcą a drugim kandydatem zapowiadała się na mniejszą niż… 100 głosów, dlatego w ordynacji wprowadzono nowy przepis, że w takiej sytuacji automatycznie następuje ponowne przeliczenie głosów w całym okręgu. Samo w sobie takie zabezpieczenie nie jest złe, chociaż opóźnia wyniki oficjalne.
Ważnym narzędziem dotychczasowej władzy, która budziło poważne obawy o uczciwość wyborów, stała się likwidacja wymogu weryfikacji faktycznego miejsca zamieszkania. Legalizowało to wspomnianą już masową turystykę wyborczą, czyli wędrówki do wspomnianych okręgów bitewnych, co zwiększało ryzyko wypaczenia w nich wyników.
Zwycięzcy osiągnęli próg dwóch trzecich
W wyborach uczestniczyło pięć ogólnokrajowych list partyjnych oraz aż 12 list mniejszości narodowych. Realnie jednak o władzę walczyły dwie siły: koalicja Fideszu i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (KDNP) pod wodzą premiera Viktora Orbána oraz opozycyjna partia TISZA pod przewodnictwem Pétera Magyara. Na kilka mandatów z części proporcjonalnej liczyła i je uzyskała skrajnie prawicowa partia Mi Hazánk. 12 kwietnia 2026 r. absolutnie pewną większość w Zgromadzeniu Narodowym zdobyła TISZA, Viktor Orbán po 16 nieprzerwanych latach (a generalnie po 20, bo już wcześniej rządził przez jedną kadencję) otrzymał nokautujący cios. Dla Pétera Magyara ważne było nie tylko objęcie co najmniej 100 foteli koniecznych do wybrania go na premiera. Ambitnie mierzył w co najmniej 133 mandaty, czyli większość konstytucyjną dwóch trzecich parlamentu. Chodzi nie tylko o skorygowanie samej konstytucji, lecz przede wszystkim o zmiany w ponad 60 tzw. ustawach kardynalnych, których ruszenie jest zabezpieczone również wysokim progiem dwóch trzecich. Według uzupełnianych z każdą godziną wyników TISZA tę wymarzoną większość zdobyła, na poziomie 138 mandatów. Bardzo charakterystyczny jest rozkład cząstkowy. W puli proporcjonalnej z list ogólnokrajowych TISZA pokonała koalicję Fideszu i KDNP nieznacznie 45:42, przy 6 mandatach prawicowej Mi Hazánk. W puli okręgów jednomandatowych wynik okazał się natomiast miażdżący 93:13, co dowodzi że cały nieuczciwy orbánomandering wziął w łeb.
Finał węgierskiego starcia o władzę okazuje się zatem paradoksalny. Viktor Orbán przez lata tak naginał wyborcze procedury, by zwycięzca zgarniał wszystko, znacznie powyżej czystego wyniku arytmetycznego uzyskanego w urnach. Chichotem historii staje się okoliczność, że właśnie takie przepisy teraz działają na korzyść Pétera Magyara. Dotychczasowy premier podjął – głównie wspomnianym orbánomanderingiem – dość rozpaczliwe działania, by spłaszczyć rozmiary ewentualnego zwycięstwa opozycji. Mimo to 12 kwietnia poniósł szokującą go klęskę, co dla demokratycznego świata jest sygnałem bardzo optymistycznym – jednak nie daje się zawrócić kijem nurtu Dunaju.

