Węgrzy idą wkrótce do wyborów parlamentarnych, a jednym z głównych uczuć im towarzyszących jest poczucie porażki ekonomicznej. Kraj od kilku lat w ogóle się nie rozwija, a z perspektywy trzech dekad spadł z pozycji lidera do outsidera regionu Europy Środkowej. Dziś publikujemy nasz szeroki raport o węgierskiej gospodarce: przyczynach jej problemów i lekcjach płynących z tego dla Polski.
Możemy debatować, kto jest winny węgierskim problemom. Czy jest to sam premier Viktor Orbán, który obrał kurs konfrontacji z Unią Europejską, ścisłej współpracy z Rosją i Chinami oraz budowy państwa oligarchicznego? Czy może winna jest Unia, które odcięła Węgry od ogromnej części funduszy europejskich, prowadząc politykę pieniądze za wybory i wpychając Węgry w głęboką recesję inwestycyjną? Ale jasne jest, że idea radykalnej suwerenności nie przyjęła się wśród samych Węgrów. Najlepszym tego dowodem jest to, że po tylu latach niepowodzeń trzy czwarte z nich chętnie porzuciłoby własną walutę, forinta, na rzecz euro. Jest to jakby wołanie: Unio, mateczniku globalizacji, przyjmij nas na swoje łono. Dziś 75 proc. Węgrów chciałoby przyjąć euro w porównaniu do 50 proc. przed dekadą i 30 proc. przed dwoma dekadami.
Suwerenność to jedno z głównych haseł, którymi możemy opisać 16 lat rządów partii Fidesz i jej premiera Viktora Orbána. Przyświecało im przekonanie, że rozwój ekonomiczny wymaga przede wszystkim wydobycia się spod wpływów globalnego kapitału, kontrolowania najważniejszych środków produkcji przez podmioty narodowe, uniezależnienia się od narracji politycznych narzucanych przez liderów opinii publicznej w krajach rozwiniętych. Są to wszystko przekonania zgodne z teorią rozwoju zależnego, która mówi, że kraj peryferyjny nie może wydostać się ze swojej pozycji poprzez stosowanie polityki zgodnej z tym, co robi centrum. Jeżeli ma się rozwijać, musi kontestować to centrum. I z tego powodu Viktor Orbán tak kontestował Unię Europejską.
Jest to bardzo interesujące z naszej perspektywy, ponieważ pewne elementy tej teorii zaczęły dominować również w polskiej debacie ekonomicznej. Dużo mówimy o potrzebie suwerenności technologicznej, o nadmiernym uzależnieniu od zagranicznych korporacji, o potrzebie wspierania narodowego kapitału. „Czas na repolonizację” – wołał niemal dokładnie rok temu Donald Tusk. Tym samym idee suwerennościowe wydostały się poza krąg ideowy konserwatystów.
Ten zwrot w stronę suwerenności jest zrozumiały w erze narastających egoizmów narodowych. Naiwna globalizacja już dawno umarła. Ale Węgry pokazują nam, że w radykalnej formie ten zwrot prowadzi na ścianę: nie do rozwoju, ale regresu. Nie kupują go w surowej formule nawet konserwatyści, a co dopiero medianowi wyborcy. Trzeba szukać ścieżek pośrednich.
Lekcja Węgier pokazuje, że obsesyjne forsowanie narodowego kapitału może prowadzić do oligarchizacji i klientelizmu – rozdawania zleceń biznesmenom posłusznym władzy, ograniczania konkurencji, a docelowo spadku efektywności.
Fanatyczna wrogość wobec globalnego kapitału prowadzi na końcu do uzależnienia od kapitału z Chin i technologii z Rosji.
Próba uniezależnienia się od dominacji zagranicznych ośrodków opinii wiedzie do duszenia wolności obywatelskich.
Kupowanie głosów w wyborach poprzez hojną politykę fiskalną finansowaną zadłużeniem zagranicznym może się skończyć długotrwałą utratą zaufania inwestorów finansowych, która jest bardzo kosztowna dla społeczeństwa i której nie da się łatwo odzyskać.
Powinniśmy w Polsce tym lekcjom przyglądać się z uwagą, ponieważ nie różnimy się znacząco od Węgier. Nam idzie lepiej, ponieważ jesteśmy znacznie bardziej zdywersyfikowaną gospodarką, bardziej odporną na zaburzenia branżowe, takie jak recesja na rynku motoryzacyjnym. Ale historia pokazuje, że gospodarki regionu w dłuższej perspektywie więcej łączy niż dzieli.
