Koniec tygodnia powinien być dobry. W USA inwestorzy będą liczyli na optymistyczną reakcje giełd po wyborach. W Polsce indeksom pomoże koniec oferty PKO BP.
Z Ameryki
Amerykańskie indeksy zachowywały się w minionym tygodniu bardzo słabo. Problemy szerokiego rynku wynikały częściowo z tego, że od pewnego czasu Eliot Spitzer, prokurator generalny Nowego Jorku, stawia zarzuty ubezpieczycielom, którzy według niego weszli w nielegalne układy z brokerami. Oprócz kłopotów sektora ubezpieczeniowego na kierunek indeksów wpływały wyniki kwartalne spółek i rynek ropy. Danych makro było niewiele, ale nie pokazały nic pozytywnego. Indeks wskaźników wyprzedających (LEI) spadł czwarty miesiąc z kolei. Jeszcze niedawno przyjmowano, że trzy kolejne spadki sygnalizują nadchodzącą recesję, ale ostatnio odchodzi się od tej teorii zrezygnowano, bo daje ona zbyt dużo mylnych sygnałów. Najbardziej skomplikowana sprawa była z indeksem Fed z Filadelfii. Wzrósł bardziej niż prognozowano, ale subindeks przyszłych warunków spadł niezwykle mocno i sięgnął 20-miesięcznego dna. Mocno spadł również subindeks zatrudnienia. Poza tym gospodarka chińska w III kwartale wzrosła o 9,1 proc., co trudno uznać za spowolnienie. Rynki doszły do wniosku, że chiński popyt będzie nadal windował ceny ropy w górę. Widać więc, że złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma... Jeśli Chiny znacznie zwolnią, to światu grozi recesja. Jeśli nie zwolnią, to ceny surowców i tak załamią w końcu ożywienie gospodarcze. Nad gospodarką zbierają się ciemne chmury, co zresztą widać również na wykresie Baltic Dry Index.
W tym tygodniu spółki nadal będą podawały wyniki, ale to będzie już fala schodząca. Najważniejsze będą dane makro i nadchodzące wybory prezydenckie. Zobaczymy między innymi jak wyglądać będzie sprzedaż nowych i istniejących domów. Będzie to szczególnie istotne, ponieważ w zeszłym tygodniu Alan Greenspan, szef Fed, powiedział, że niski poziom oszczędności Amerykanów nie jest groźny dla gospodarki, bo chroni ich „efekt bogactwa” wynikający z wartości domów, a kryzysu na tym rynku nie widać. Zobaczymy, czy rzeczywiście nie widać pierwszych sygnałów problemów. Systemem wczesnego ostrzegania jest giełda. Wystarczy spojrzeć na kurs spółek zajmujących się budownictwem (Pulte Homes, Lennar czy Centex), by stwierdzić, że powstają formacje zapowiadające większe spadki. A czy jest możliwe, by kursy tych spółek spadały, jeśli ten przemysł czekałaby świetlana przyszłość? Z danych, które zawsze wpływają na rynki finansowe, bardzo istotne będą indeksy obrazujące stan ducha konsumentów (indeks zaufania konsumentów Conference Board oraz indeks nastroju Uniwersytetu Michigan). Wydaje się, że najważniejsze będą jednak raporty Fed o stanie gospodarki (Beżowa Księga) oraz raport o wzroście PKB w trzecim kwartale. W tym raporcie będzie ważna nie tylko główna liczba, ale również indeks kosztów zatrudnienia i deflator. Pokażą one czy tak naprawdę rynek powinien bać się inflacji, czy też rzeczywiście na razie nie jest groźna. Zarówno inflacja bazowa, CPI, jak i PPI były większe od prognoz. Jeśli podobne będzie z deflatorem to rynki się zaniepokoją.
To będzie też ostatni tydzień przed wyborami prezydenckimi. Sytuacja jest bardzo ciekawa, a szanse prezydenta Busha i senatora Kerry równe. Radziłbym nie sugerować się sondażami. Na przykład ostatnio wiele szumu zrobił sondaż Gallupa, w którym prezydent Bush prowadził 52: 44. Problem jest w tym, że wszystkie sondaże dość arbitralnie budują próbkę, którą później badają. Na przykład tenże Gallup badał 767 respondentów, wśród których było 38 proc. Republikanów i tylko 33 proc. Demokratów (reszta to niezdecydowani). A tymczasem to Demokraci stanowili 39 procent głosujących zarówno w 1996 jak i 2000 r., a udział Republikanów nie był większy niż 35 proc. Gdyby przyjąć takie proporcje, to John Kerry miałby przewagę. Mówi się, że CEO Gallupa popiera Republikanów i stąd te dziwne proporcje. Wierzyć się w to nie chce, ale faktem jest, że dowolnie ustawiając proporcje można otrzymać dokładnie to, co się chce. Za najbardziej wiarogodny uznawany jest sondaż Reuters/Zogby International (http://www. zogby. com/), a tam od dłuższego czasu panuje absolutna równowaga.
Historia mówi, że po wyborach zaczyna się hossa, ale pierwszy rok nowej kadencji jest bardzo dla akcji ciężki i o tym trzeba pamiętać. Faktem jest również, że rynek akcji nie tylko będzie reagował na wybory, ale również sam wpływał na ich wynik. Ponieważ zasobność portfeli wielu Amerykanów zależy od tego, co dzieje się na giełdzie to spadki przed wyborami będą pomagały pretendentowi, a wzrosty obecnemu prezydentowi. Przy czym finisz tygodnia tak czy inaczej powinien być dobry, bo zdecydowana większość inwestorów będzie liczyła na optymistyczną reakcje rynku po głosowaniu. Musiałoby się wydarzyć coś nadzwyczajnego, by inwestorzy nie zechcieli wyprzedzić tego, co stanie się po wyborach.
Z Polski
Nasz rynek wypracował w ubiegłym tygodniu korekcyjne odbicie, które w niczym nie zmieniło negatywnego obrazu technicznego rynku. Nadal na wykresie tygodniowym straszy zapowiadająca dłuższą dekoniunkturę gwiazda wieczorna a szerokość rynku przy zwyżce jest bardzo mała. Cierpią najbardziej mało płynne, mniejsze spółki. To efekt odpływu kapitałów na ofertę PKO BP. Jeśli się spojrzy na węgierski BUX to widać, że w dalszym ciągu nasze rynki są cenione bardzo wysoko.
Dane makro w obrazie sytuacji niczego nie zmieniły. Dynamika produkcji wzrosła nieco więcej od oczekiwań, a PPI i sprzedaż detaliczna nieco mniej. To jest właściwa kombinacja. Ale jednak PPI mocno wzrosła, a dynamika produkcji nie spadła tak, by zmiękczyć serca członków RPP. Widać to choćby z wypowiedzi Dariusza Filara, który stwierdził, że stopy procentowe muszą nadal wzrastać, choć nowa projekcja NBP ma zakładać szybszy spadek inflacji. I tak już będzie zawsze, dopóki RPP będzie rozliczana jedynie z walki z inflacją i dopóki będzie wierzyła w trwałe ożywienie gospodarcze. Rada bowiem najwyraźniej zakłada (uważam, że to błąd), że w nadchodzących latach nic gospodarce polskiej nie zagraża. Będziemy więc starali się (prowadząc restrykcyjną politykę monetarną i fiskalną) zmniejszyć inflację i deficyt budżetowy tak, by móc wejść z czasem do strefy euro, a bezrobocie będzie nadal bardzo wysokie. Pamiętajmy, że przed wejściem do euro-raju czeka nas jeszcze dwuletni czyściec w postaci mechanizmu ERM2, a to zdecydowanie nie będzie sielanka. W tym tygodniu odbędzie się posiedzenie Rady i nie założyłbym się o to, jaki będzie jego wynik. Logiczny byłby brak podwyżki. Jeśli jednak będzie niewielka (25 pkt baz.) złoty może się lekko umocnić, a rynek akcji nieco ucierpi. Generalnie uważam, że złoty jest tuż przed zmianą trendu albo większą korektą w stosunku do euro. Do euro, a nie do dolara. Jeśli bowiem nie tylko USA chcą słabego dolara, ale nawet unijni ministrowie finansów mówią, że mocne euro jest korzystne dla UE, bo zmniejsza się w ten sposób wpływ zwyżki cen ropy, to co może powstrzymać jego osłabienie?
Komisja Europejska stwierdziła, że Polska nie spełnia żadnego z pięciu kryteriów ERM2. Nasz bank centralny oraz mister finansów stwierdzili, że podtrzymują plany spełnienia przez Polskę w 2007 roku kryteriów konwergencji. Taka od dawna jest linia banku i ministerstwa finansów. I to mimo konieczności zmiany klasyfikacji zadłużenia do OFE (do 2007 r.), co zwiększy zarówno zadłużenie, jak i deficyt budżetowy (ten drugi powyżej dopuszczalnych 3 proc.). Problem w tym, że wcale nie jest pewne, czy szybkie wejście do EMU jest dla Polski korzystne. Uważam, że tu rację ma raczej KE niż nasz NBP. Jest to temat na inny, obszerny komentarz, ale kilka zdań na ten temat warto powiedzieć. Firmom biorących udział w handlu zagranicznym wejście do strefy euro przyniesie prawie same korzyści. Zniknie ryzyko walutowe w handlu zagranicznym na terenie Unii, a przecież właśnie Unia jest naszym największym partnerem. Zmniejszą się koszty transakcji, wzrośnie konkurencyjność.
Żyć nie umierać? Niby tak, ale inflacja wzrośnie, a wzrost inflacji wywoła presję na płace. Jeśli w wyniku tego płace wzrosną to spadnie konkurencyjność polskich spółek. Jeśli nie wzrosną to wzrosną koszty społeczne. Najgorzej wyjdą na tym emeryci, którzy nie mają żadnej siły przebicia. Poza tym zrezygnujemy z bardzo ważnych instrumentów polityki gospodarczej państwa: kursu walutowego i stóp procentowych. W przypadku szoków zewnętrznych nie będziemy mogli się sami bronić. Widać na przykład, jak obecnie mocny złoty broni nas przed skutkami wzrostu cen ropy. Generalnie uważam, że przyjąć euro trzeba i w dłuższym okresie da to więcej korzyści niż strat, ale nie ma żadnego powodu, by się z tym śpieszyć. Dobrze, że premier Marek Belka też jest tego zdania. Do strefy euro warto wchodzić tylko wtedy, jeśli oczekujemy trwałego rozwoju gospodarki światowej. Jeśli wejdzie ona w recesję albo stagnację to pozbawianie się ważnych instrumentów polityki gospodarczej jest bardzo niebezpieczne.
W najbliższych dniach nie będzie już ściągania kapitałów pod akcje PKO BP. Kto miał to zrobić, już zrobił. Teraz wszyscy będą czekali na powrót nadpłaconych i niewykorzystanych funduszy mając nadzieję, że zostaną one powtórnie zainwestowane na GPW. I rzeczywiście, część z pewnością wróci na giełdę. Wydaje się, że większość inwestorów uważa, że wyprzedzające zakupy funduszy będą miały miejsce w tygodniu poprzedzającym koniec oferty, czyli przed 6. listopada. Ale skoro tak zakłada większość to przypuszczam, że prawdziwe wyprzedzenie będzie miało miejsce wcześniej, czyli w tym tygodniu. Powinniśmy to już na niektórych spółkach w końcu tygodnia zobaczyć. Poza tym czekamy na hossę powyborczą w USA (to mogą być jednak tylko dwie – trzy sesje zwyżki). W tej sytuacji trudno być pesymistą, jeśli chodzi o koniec tygodnia. Początek jednak zapowiada się nieciekawie.